Home»Rodzina»Pomilczeliśmy sobie

Pomilczeliśmy sobie

0
Shares
Pinterest Google+

Gdy umarł mój Tata, miałem 15 lat. Z tego dnia pamiętam dobrze dwa momenty. Pierwszy to chwila, gdy moja Mama obudziła mnie bardzo zbyt wcześnie, ujrzałem jej niemal nieżywą twarz i głos jak nie jej, którym powiedziała: „Tata nie żyje”. Drugi to moment, gdy wspólnie z ojcem Jackiem Salijem OP, który dotarł do naszego domu jako jeden z pierwszych, ubieraliśmy mojego Tatę w garnitur.

Potem, jak przez mgłę pamiętam tłum ludzi, który przewijał się przez nasz dom. Zawsze był on pełny ludzi, ale wtedy nawet jak na to, do czego jako dzieci przywykliśmy, były to dzikie tłumy. Potem pamiętam pogrzeb, a z pogrzebu głównie to, że wychowawczyni przyszła z całą moją klasą. Znaliśmy się jako grupa od około dwóch miesięcy. Nikt z mojej klasy nie miał odwagi do mnie podejść. Nie mam o to pretensji, byliśmy dzieciakami, nikt z nas nie wiedział, jak zachować się w takiej sytuacji. Nikt poza jedną osobą i to też mam w głowie. A potem w naszym domu robiło się coraz ciszej. Wszyscy ci przyjaciele domu błyskawicznie zniknęli z naszego życia, choć wielu zarzekało się, że możemy na nich liczyć.

Po śmierci Taty przez wiele lat odmawiałem chodzenia na cmentarz, w ogóle – na cmentarze. Wiem, że część mojej rodziny podejrzewała, iż jest to kwestia mojego lenistwa. Ja sam powtarzałem, że mojego Taty tam nie ma. Nie ma go na tym cmentarzu. Jest w mojej pamięci. I był, oczywiście, że był. I jest. A jednak dziś wiem, że to nie była cała prawda. Dziś sądzę, że ja po prostu podświadomie uciekałem przed tym cmentarzem, bo nie potrafiłem skonfrontować się ze stratą.

Ja oczywiście wierzę w „świętych obcowanie”, wierzę w życie wieczne, wierzę w zbawienie, w to, że mój Tata wciąż mnie obserwuje, choć pewnie nie za wiele ma powodów do dumy (Pisałem kiedyś o trudnej rozmowie przy grobie.) Ale cała ta wiara nie zmienia wcale tego, że dla mnie, który tu zostałem, dla mojego brata, dla mojej Mamy – śmierć Taty była, jest i będzie również stratą.

Wierzę też w wagę gestów i ich symboliki. I o nich tak naprawdę jest ten tekst.

Długo się do tego zbierałem. W tym roku byłem już na to gotowy. 1 listopada całą rodziną poszliśmy na Powązki.

Szliśmy razem wzdłuż muru, znam przecież świetnie drogę, dotarliśmy do grobu, który zawsze był punktem orientacyjnym – że to tu należy skręcić. Skręciliśmy w alejkę i szliśmy, a ja rozglądałem się, szukając charakterystycznego rodzinnego nagrobka. I nie mogłem go znaleźć. Z każdym krokiem rosło moje zaniepokojenie i nerwy. Dotarliśmy do końca alejki, a grobu nie znaleźliśmy, zawróciliśmy i szliśmy, coraz szybciej, alejką obok. Też nic. Wróciliśmy do punktu wyjścia, a ja czułem coraz większą panikę – że nie trafię na grób swojego Taty. Ale udało się, znaleźliśmy rodzinny nagrobek, który z kolei był punktem orientacyjnym do poszukiwań groby Babci i Dziadka.

W końcu stanęliśmy przy grobie. Każde z nas – i ja, i moja Żona, i każdy z chłopców, zapaliliśmy po jednym zniczu. Każde z nas samo, od siebie. To był gest, który sobie wcześniej wymyśliłem. Chciałem przyprowadzić moją rodzinę, przede wszystkim do mojego Taty – przedstawić ich.

Miałem też przygotowaną przemowę do wygłoszenia w myślach. Długo ją układałem. I już miałem ją w myślach wygłosić, gdy usłyszałem, jak moja stojąca obok Żona, mówi:

„Dzień dobry, mam na imię Magda i jestem żoną pańskiego syna, a to są nasze dzieci”.

I ja już nie musiałem nic Tacie mówić. Pomilczeliśmy więc sobie. Czasem milczenie dwóch dorosłych facetów ma więcej treści niż gadanie. W tym milczeniu uzmysłowiłem sobie, że jestem od Niego starszy. Miał 39 lat, gdy umarł. Ja mam 44.

(Visited 168 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Tyle adoracji, co i kontemplacji

Następny tekst

Kościół codzienny, Kościół prosty