Home»Wiara»Bóg, który robi w pieluchę

Bóg, który robi w pieluchę

0
Shares
Pinterest Google+

Gdy przychodzi czas Bożego Narodzenia, lubimy roztkliwiać się nad Dzieciątkiem, śpiewać o jego Matce, lekko pomijając przy tym ojczyma. Budujemy w sobie słodki obrazek idealnej rodziny z idealnym Dzieckiem. A to nie tak.

Zacznijmy jednak od tego, że rozdzielamy sobie często w głowie Ojca i Syna. Zapominamy, że stanowią jedność. Trzy Boskie Osoby, ale stanowiące jedność. Syn Boży nie jest bytem odrębnym, ale jest tożsamy z Bogiem Ojcem. Narodził się Bóg, świętujemy narodziny Boga – Boże Narodzenie.

Na przestrzeni dziejów Bóg nieraz okazywał swoją siłę i moc, bywało, że wzbudzał strach, zwłaszcza w chwilach gniewu. To, co się dzieje i co wspominamy, jest właściwie nielogiczne i wydaje się bez sensu. Po co to wszystko? To nie mógł Pan Bóg znów ukazać się jako płonący krzew? Nie mógł znów spektakularnie rozstąpić morza albo zrobić innego cudu? Po co Mu było stawać się człowiekiem? A skoro już zechciał, cóż, może taki kaprys, być człowiekiem, to nie mógł po prostu zstąpić z nieba jako dorosły facet pokroju Supermana albo innego obdarzonego super-mocami super-bohatera?

A On wybrał drogę ciąży i porodu. No, ale to nie mógł urodzić się w porządnych warunkach? No, bo jak to tak? Bez opieki medycznej, znieczulenia albo cesarki na żądanie? Musiał tak biednie, w szopie, pośród bydła?

Bóg, który oddaje się w opiekę ludzką. Bóg, który potrzebuje matczynej piersi z pokarmem, by przeżyć. A może Maryja miała problemy z laktacją? Może bolały ją piersi – jak wiele innych kobiet? Bóg, który robi kupę w pieluszkę – i to wcale nie w wygodnego w użyciu pampersa – i płaczem domaga się przewinięcia. Bóg, który dostaje kolki jak wiele noworodków i niemowlaków. Bóg, który płaczem budzi swoich ziemskich rodziców co noc, nie dając im się wyspać. Bóg, którego trzeba nosić na rękach i kołysać.

Dlaczegóż to Boskie Dzieciątko nie wykorzystało swoich supermocy i nie powstrzymało Heroda, a Święta Rodzina musiała wejść w los uchodźców? Swoją drogą – a co by było, gdyby tak w Egipcie wprowadzono zasadę pomagania na miejscu i nie przyjmowania uchodźców, czego dziś domaga się wiele osób podających się za chrześcijan?

Bóg, który z trudem uczył się obracać z plecków na brzuszek i z powrotem, z wysiłkiem siadał, pierwszy raz wstawał i zapewne opadał z impetem na pupę. Bóg, który raczkował, a wreszcie stawiał niepewnie pierwsze kroczki. Bóg, który płakał, gdy wyrzynały Mu się pierwsze ząbki. Bóg, który pakował wszystko do buzi, jak czynią małe dzieci. Bóg, który uczył się mówić. Poznawał świat – tak jak inne dzieci.

Mały Jezus, patrząc na to oczami dorosłych, z pewnością bywał nieposłuszny. Odłączenie się od rodziców i zniknięcie im na trzy dni trudno wszak, patrząc z dorosłej ludzkiej perspektywy, uznać za przejaw posłuszeństwa. To, co my nazywamy niegrzecznością, a co często jest po prostu zachowaniem dla nas niewygodnym, to dla dziecka jest sposób na poznawanie świata, uczenie się go.

Skoro Jezus był w pełni człowiekiem, to absurdem byłoby uznawać, że jako małe dziecko albo jako nastolatek nie zachowywał się w sposób właściwy temu wiekowi. Zapewne nieraz doprowadził Maryję i świętego Józefa to płaczu, gniewu, bezsilności, strachu – do uczuć, które zna każdy rodzic.

Mógł objawić się w dowolny sposób, ale wybrał taki, w którym sam siebie skazał na bezradność, na zależność od ludzi.

Miłość jest wtedy, gdy potrafisz okazać słabość, a nie – gdy jesteś zawsze silny. Miłość jest wtedy, gdy ufasz, czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi.

A przecież historia ludzkości raczej powinna podpowiadać Panu Bogu, że ufanie ludziom nie jest rozsądne. On jednak wie o nas coś, czego my nie wiemy, patrzy na nas inaczej niż my patrzymy, dostrzega w nas coś, czego my dostrzec nie umiemy. Kocha nas tak, jak my sami siebie i siebie nawzajem kochać nie umiemy i jak my nie umiemy kochać Jego.

Taką miłość umie okazać dziecko, jako dorośli często tracimy ten dar. I tu przypominają mi się słowa, które wyczytałem kiedyś u siostry Małgorzaty Chmielewskiej:

Żeby spotkać Dziecko, trzeba chociaż na chwilę stać się dzieckiem.

(Visited 205 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Moja ulica murem podzielona...

Następny tekst

Co jest najmniej ważne w małżeńskich kłótniach?