Home»Społeczeństwo»Moja ulica murem podzielona…

Moja ulica murem podzielona…

0
Shares
Pinterest Google+

Żyją obok siebie dwa plemiona, które mówią różnymi językami, ale przede wszystkim, które nie tylko są wobec siebie wrogie, ale też – co ważniejsze – chcą być wobec siebie wrogie.

Co jakiś czas coś mnie podkusi, nie wiem, może jakaś coachingowa gadka, postanawiam wyjść ze strefy komfortu i postanawiam dowiedzieć się, co tam, panie, w polityce. Jeden gębą pierdnął, drugi mu odbeknął, trzeci zachrumkał, a czwarty zakwiczał.

To, że politycy to robią, już mnie nawet nie dziwi. Dawniej polityka była swoistym teatrem. Posłowie z przeciwnych partii wychodzili na mównicę, wrzucali sobie od najgorszych, a potem szli do poselskiego hotelu i razem pili wódkę. Dziś tego teatru jest jakby mniej i wcale nie jestem pewien, czy to na pewno dobrze. Dziś nie kłaniają się sobie na sejmowych korytarzach, a gdy wyzywają się od zdrajców ojczyzny, to – mam wrażenie – wierzą we własne obelgi. Ale to – powtórzę – mnie tak bardzo nie bulwersuje, choć zapewne powinno.

W spore zakłopotanie wprawia mnie nieustannie to, że tropem polityków poszli dziennikarze. Spotkało mnie w tym zawodzie takie szczęście, że miałem najlepszego mentora, o jakim mogłem marzyć. Potrafił 11 razy wywrócić cały tekst do góry nogami, zmuszając nie tylko do pisania od nowa, ale i zbierania nowych informacji, sprawiając, że efekt końcowy był świetny, czego o pierwszej, tej mojej, autorskiej, wersji nie można było powiedzieć. A na koniec – zdarzało się – stwierdzał, że to, co przygotowaliśmy może i jest dobre, ale to niczego w gruncie rzeczy czytelnikowi nie mówi ciekawego o świecie i nie warto tego puszczać. Uczył mnie sprawdzania informacji w co najmniej dwóch źródłach. Pilnował mnie, by moje sympatie i antypatie, nie tylko polityczne, nie były widoczne w tekście. „Czytelnika interesuje informacja, a nie ty” – powtarzał. Dlatego jestem zniesmaczony i zażenowany, gdy widzę, że dziennikarze wchodzą w buty polityków.

Ale to, co smuci mnie najmocniej, to fakt, że zwykli ludzie wchodzą w buty polityków. Politycy niech się sobie opluwają do woli. No, trudno, boli mnie nieco, że jako podatnicy musimy finansować ten cyrk, ale trudno, może taka cena demokracji. Czytam dyskusje w sieci i serce boli.

Gdyby mnie ktoś zapytał, którą partię popieram, odpowiedziałbym, że żadnej. Od wszystkich mnie odrzuca. Nie podobało mi się wiele rozwiązań wprowadzanych przez rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Bardzo mi się nie podobały. Nie podoba mi się wiele rozwiązań wprowadzanych przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, Solidarnej Polski i partii Polska Razem.

Staram się jednak przede wszystkim zakładać dobrą wolę. Bywa to trudne, ale zaczynam od założenia, że każda z tych ekip kieruje się dobrem Polski, nawet jeśli w mojej ocenie rozumieją to dobro źle albo źle dobierają narzędzia do celów. Dobra wola.

Problem polega na tym, że w dyskusji publicznej wszystkie jej strony zakładają a priori złą wolę oponentów. Ja wiem, że czasem założenie dobrej wymaga sporego wysiłku. Nie tylko dlatego, że założenie złej woli jest prostsze, ale i za sprawą naszych doświadczeń oraz wcześniejszych zachowań tych, których oceniamy.

Nie tak dawno w jednym z serwisów społecznościowych pewna osoba dodała mnie do obserwowanych. Z ciekawości wszedłem na jej profil, by zorientować się, kto to jest. Gdy zacząłem czytać, co ten ktoś pisze i co udostępnia, włos zjeżył mi się na głowie – tyle było w tym politycznej zapiekłości. Pomyślałem w pierwszym odruchu, że to jakaś straszna postać i ja nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Dopiero potem okazało się, że to ktoś, kogo świetnie znam, tylko tu występuje anonimowo, o kim wiem, że jest świetnym kompanem, a przede wszystkim uczciwym i dobrym człowiekiem. Byłem gotów tę osobę skreślić, nie wnikając w to, jakie są jej motywacje, kim w ogóle jest – tylko dlatego, że stoimy politycznie po różnych stronach barykady. Dało mi to do myślenia. Dla jasności – tak, obserwujemy się wzajemnie, czasem nawet spieramy, a niektóre tematy, te, które różnią nas najmocniej, po prostu omijamy.

Wśród osób piszących w mediach społecznościowych na tematy religijne można obserwować podobne zjawiska. „Ci tradsi”, „ci moderniści”, „ci dewoci”, „ci charyzmatycy”, ci tacy, ci owacy. Zamiast szukać tego, co łączy, podkreślają to, co ich dzieli, nie przyjmując do wiadomości, że i dla jednych, i dla drugich jest miejsce przy Panu Bogu.

A popatrzmy na przykład na dyskutujące w internecie mamy. Karmisz mlekiem modyfikowanym? No, to na pewno jesteś wyrodną matką, która nie kocha dziecko, bo kochająca karmi tylko piersią. Szczepisz? A może nie szczepisz? Nie ma znaczenia – jeśli robisz inaczej niż ja, na pewno jesteś głupia, patologiczna, zwyrodniała, otumaniona.

Takich przykładów mógłbym tu przytaczać jeszcze wiele. Wszystkie sprowadzają się tak naprawdę do konstatacji, że nie umiemy różnić się pięknie. Różnice sprawiają, że odczłowieczamy oponenta, przypisujemy mu najgorsze intencje i w efekcie zamykamy się na dyskusję.

Wracając do polityki: Można się spierać, gdy zakładamy, że i my, i nasi oponenci są patriotami, ale inaczej definiują dobro państwa lub inne widzą drogi do jego osiągania. Kiedy jednak uznajemy, że to zdrajdcy, Targowica i kanalie, to spór zmienia się w wojnę, w której nikt nie bierze jeńców.

Każda ze stron tej wojny jest przekonana, że „moja racja jest najmojsza”, że jej rachunek krzywd jest nieporównywalny do innych. To ogranicza przestrzeń nawet do wybaczenia, do jakiejkolwiek zgody. Jestem skrzywdzony, mam monopol na rację, więc tych, którzy są przeciwko, trzeba wyeliminować.

Jestem pesymistą. Skoro bowiem wszyscy przekonani są, że mają rację, a reszta to kanalie, zdrajcy i ogólnie swołocz, to trudno wierzyć w jakąkolwiek szansę na porozumienie. I nawet w wigilijną noc te dzikie zwierzęta, którymi jesteśmy pewnie nie odezwą się ludzkim głosem.

(Visited 65 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Wierność nie dotyczy seksu i romansów

Następny tekst

Bóg, który robi w pieluchę