Home»Wiara»Zbroja, która nie istnieje

Zbroja, która nie istnieje

0
Shares
Pinterest Google+

Fajnie jest sobie pisać. Blog, podobnie jak dawniej papier, jest cierpliwy i wszystko przyjmie. Może dlatego autor bloga na ogół wydaje się taki doskonały.

Nie piszę tu o sensacjach, o polityce – raczej rzadko, nie jestem specjalistą w jakiejś bardzo wąskiej dziedzinie. Większość tekstów dotyczy wiary, a z nią na ogół wiąże się moralność. Człowiek wierzący, a przy tym religijny, bo to przecież nie to samo, na ogół w oczach innych jawi się jako moralny. Ba! Sam gotów jest w to wierzyć… A to już jest stan podwyższonego ryzyka.

Fajnie jest myśleć, że wiara i religijność tworzą pancerz, który nas chroni.

Dałeś mi, Panie, zbroję;
Dawny kuł płatnerz ją.
W wielu pogięta bojach,
Wielu ochrzczona krwią.
W wykutej dla giganta
Potykam się co krok,
Bo jak sumienia szantaż
Uciska lewy bok.

Jacek Kaczmarski, Zbroja

Wydaje się, że religijne wskazania, prawo, zasady – to wszystko chroni i pomaga być przyzwoitym. Wiem przecież, jak powinienem postępować, co powinienem robić, a czego robić nie wolno. Mam jasne wskazania, a wiara daje motywacje, by do tych wskazań się stosować. I wtedy wszystko powinno być dobrze.

Nic bardziej mylnego.

Bardzo chciałbym być tak dobry, jak by to wynikało z moich tekstów. Co gorsza – czasami zdarza mi się wierzyć, że tak jest. I wtedy zawsze przytrafia mi się coś, co jest jak kubeł zimnej wody wylany na głowę. Takie moralnie porządkujące Ice Bucket Challenge.

I to nie chodzi o to, że Pan Bóg w swej mądrości zsyła na mnie jakieś doświadczenie, które ma mnie naprostować. Nic z tych rzeczy. To ja robię coś takiego, co sprawia, że nie mogę iść się ogolić, bo bez lustra golenie jest niewygodne i nieco niebezpieczne. Robię coś, czego potem się wstydzę, czego żałuję, czego nie umiem sobie wybaczyć.

A jeśli akurat przypadkiem przez dłuższy czas nie wywinę żadnego numeru, to przypominam sobie, co już udało mi się w życiu narozrabiać.

Czasem potrzebuję więcej czasu, a czasami dochodzę do tego szybciej: dociera do mnie, jak bardzo Go potrzebuję. Gdy czuję się taki super, to po co mi On właściwie? Jestem taki dobry, tyle zasług nazbierałem, sprawności jak w harcerstwie… I nagle okazuje się, że to wszystko funta kłaków warte. Leżę w błocie i nie umiem z niego wstać. Jestem słaby, jestem grzeszny, jestem zły – czy może raczej – robię złe rzeczy, wiecie, takie, co to „Klezmer kazał mi grać”.

O samym mechanizmie wracania do grzechu, poczucia „utytłania”, o pogrążaniu się w błocie pisałem już kiedyś na blogu. Dzisiaj nie o tym chciałem…

Gdy przypominam sobie coś paskudnego, co zrobiłem w życiu, a sporo się tego nazbierało, albo kiedy zrobię, jak niedawno, coś, czego się wstydzę, pojawia mi się w głowie myśl: „Co z ciebie, Kuba, za katolik? Co z ciebie za chrześcijanin? Gdzie te twoje zasady?” I często idę za tą myślą. Rozumiem doskonale, że ktoś, patrząc na mnie i moje grzechy, może tak myśleć. Serio. Może mieć mnie za hipokrytę. No, bo tu takie piękne idee, takie piękne słowa, takie piękne myśli, tu modlitwa, tu msza, tu adoracja, a tu… błoto, bagno, jedna wielka moralna kupa. I ja też tak myślę. Czasami. I wtedy nie umiem przyjąć pomocy.

Wierzę głęboko, że Pan Jezus towarzyszy mi w mojej drodze. I najbliżej jest właśnie wtedy, gdy walnę w błoto. Wyciąga rękę, by pomóc mi wstać. I często idę za tym „Panie, nie jestem godzien”, bo właśnie co ze mnie za chrześcijanin, i odtrącam Jego rękę. Zapominam, że w tym zdaniu był dalszy ciąg: „… ale powiedz jedno słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”.

Dlatego nie pozwolę ani innym, ani sobie na wmawianie mi, że kiepski ze mnie chrześcijanin. Jestem, jaki jestem, ze słabościami, których się wstydzę i mam obowiązek z nimi walczyć, ale bez Niego walczyć nie umiem i nie mogę. Moje słabości nie czynią mnie marnym chrześcijaninem. Moje słabości są czymś, co muszę przezwyciężyć, ale jednocześnie pozwalają mi uświadomić sobie, że sam tego nie dokonam. Nie ma większej pułapki niż myśl, że mogę sam albo że nie mogę wcale.

Już wiem, że potrzebuję znów spowiedzi.

(Visited 55 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Co jest najmniej ważne w małżeńskich kłótniach?

Następny tekst

Nie jestem bohaterem - suma moich strachów