Home»Życie»Nie jestem bohaterem – suma moich strachów

Nie jestem bohaterem – suma moich strachów

0
Shares
Pinterest Google+

Kiedyś pewien wiarus, kombatant wojenny, powiedział mi, że tylko głupi niczego się nie boi, bo nie wie, że powinien, a na wojnie ci, którzy „kulom się nie kłaniają”, na ogół giną od strzału w plecy, gdyż stanowią zagrożenie przede wszystkim dla swoich.

Najwyraźniej nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam, bo boję się wielu rzeczy. Nie chcę tu czynić blogowej, wirtualnej spowiedzi z moich lęków, bo nie sądzę, by była ona przesadnie interesująca. Są jednak dwa takie moje strachy, które – mam wrażenie – powiela wielu ludzi, w szczególności zaś – należących do Kościoła.

Lubię zasady…

Pisałem dopiero co o tym, że zasady nie tworzą chroniącego przed upadkiem i zranieniem pancerza, o jakim bym marzył, bo przecież mogę ich nie przestrzegać i sam ten pancerz dziurawić. Mimo to lubię zasady, bo porządkują rzeczywistość.

Rzeczywistość jest znacznie prostsza, gdy masz jasno powiedziane: to wolno, tego nie wolno, tak rób, tak nie rób, jeśli zrobisz A, to stanie się B, a za taką winę należy się taka kara. Jest ład, porządek. Nawet jeśli łamiesz te reguły, to i tak stanowią one punkt odniesienia.

Dlatego, gdy tylko ktoś przy tych zasadach zaczyna dłubać, reaguję podświadomie lękiem. Zaburza bowiem mój ład, nawet jeśli to dłubanie jest pozorne albo – co ciekawsze – gdy oznacza złagodzenie owych zasad.

Kiedy papież rzuca hasło zmiany dyscypliny sakramentalnej (bo przecież nie doktryny) dotyczącej osób rozwiedzionych żyjących w powtórnych związkach, to ja się niepokoję. I wcale nie dlatego, że im zazdroszczę, czy dlatego, że chciałbym im tego odmawiać. Po prostu włącza mi się opisany mechanizm – było prosto, tak wolno, tak nie wolno i już, a teraz ma prosto nie być. I nie chodzi mi o to, że w mojej ocenie nagle wszyscy zaczną grzeszyć na potęgę (bo teraz, jak wiadomo, wcale nie grzeszą). Ja się raczej obawiam, że to ja zacznę.

Kiedy przyjdą podpalić dom…

Czy boję się napływu imigrantów ze świata islamu? Boję się jak cholera! Jakoś tak się składa, że w naszej historii masowy napływ takich przybyszów oznaczał na ogół same problemy.

Jasne, nie boję się kobiet i dzieci uciekających przed wojną. Ale już tego, że te dzieci nie zintegrują się i z czasem zradykalizują – tego już tak, bo przecież sprawcami większości zamachów w Europie byli zradykalizowani mieszkańcy tych krajów, czasem w drugim pokoleniu imigrantów. Boję się również tego, że wśród tych przybyszów przyjadą tacy, którzy będą mieli złe intencje.

Według badania przeprowadzonego w 2015 roku, czyli przed kryzysem imigracyjnym, muzułmanie stanowili 6% ogółu ludności Europy. Ani to tak naprawdę dużo, ani mało, tyle że te dane są najprawdopodobniej zupełnie nieaktualne. (Dlatego też ich szczegółowo nie przedstawiam i nie analizuję.) Udział ludności islamskiej rośnie. Częste są w niej postawy radykalne oraz niechęć do integracji i uznania zastanych norm kulturowych i prawnych. Społeczeństwa i władze europejskie są wobec takich postaw bezradne, gdyż wymuszanie integracji byłoby po prostu niezgodne z europejskimi wartościami. Inna sprawa, że społeczeństwa i władze europejskie mają same problem ze swoją tożsamością, bo próbują odcinać się od swoich kulturowych, czyli judeochrześcijańskich korzeni.

Wszystko to oznacza, że jeśli nawet nie pogrążymy się w narastającej fali terroryzmu, to najzwyczajniej czekają nas zmiany kulturowe, społeczne i polityczne, które dziś trudno nam sobie nawet wyobrazić.

I ja się tych zmian boję, bo to, co jest, to ja już znam, w tym – lepiej czy gorzej – umiem się poruszać, to – mniej czy bardziej lubię. A tu okazuje się, że mają mi to zabrać i w dodatku nie wiem, co dadzą w zamian. No, to się boję.

To jak z tym bohaterstwem…

Wróćmy do wiarusa, od którego zacząłem ten tekst i do nauki, którą mi przekazywał. Tak, wiem, słowa o strzałach w plecy mogą brzmieć cynicznie w uszach osób, które nie doświadczyły wojny. Skupmy się jednak na rozmowie o tym, kim jest bohater.

Bohater, tak tłumaczył mi ów wiarus, to nie jest ten, kto się nie boi. Ten, kto się nie boi, to idiota. Cóż to za zasługa zrobić coś, gdy się nie boisz? Bohater to ten, kto jest na tyle mądry, by się bać, ale i tak robi to, co trzeba zrobić, przełamując swój strach.

Nie wmawiajmy więc ludziom, że mają się nie bać, bo to trochę znaczy tyle, że chcemy, by byli głupi. Mają prawo się bać. Ba! Powinni się bać. Mamy prawo się bać. Ba! Powinniśmy się bać.

Pytanie jest, co z tym strachem zrobimy. Pozwolimy, by nami rządził? A może mimo strachu zrobimy, co trzeba?

Nie namawiajmy ludzi, by się nie bali. Prośmy ich, by mimo strachu robili to, co zrobić trzeba.

Tak. Prośmy. Bo bohaterstwa nie możemy od nikogo wymagać. Bohaterstwo to jest z natury robienie czegoś wyjątkowego, czego inni zrobić nie są w stanie. Nie każdy potrafi stać się bohaterem.

(Visited 32 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Zbroja, która nie istnieje

Następny tekst

Smuteczek. Nie ma nowszych tekstów.