Home»Życie»Pacjent znaczy cierpiący

Pacjent znaczy cierpiący

0
Shares
Pinterest Google+

Kibicowałem lekarzom, gdy strajkowali. Dziś, choć nadal rozumiem ich argumenty, byłoby mi znacznie trudniej ich popierać. Co się zmieniło? To proste: Naraziłem się na kontakt ze służbą zdrowia.

Ja generalnie choruję rzadko, ale jeśli już, to na ogół jest to widowiskowe. A to wylądowałem w szpitalu prawie w śpiączce ketonowej, bo nie wiedziałem, że mam cukrzycę, a to przeszedłem zawał serca w izbie przyjęć, a to wylądowałem na onkologii z dramatycznymi wynikami, które ostatecznie okazały się być rzadką japońską chorobą zakaźną, a nie chłoniakiem. Jak szaleć, to szaleć.

Tym razem karetka zabrała mnie z domu po chorobie, która początkowo wydawała mi się po prostu grypą, ale tego dnia objawy wskazywały na możliwość zawału. Mili państwo zapakowali mnie do karetki, podłączyli do kroplówki i tak zawieźli do szpitala na oddział zwany Szpitalnym Oddziałem Ratunkowym, czyli SOR. Dojechałem tam przed godziną 23.00. Opuściłem oddział następnego dnia ok. godziny 16.00.

Dużo mówi się o tym, że wielkim problemem takich oddziałów jest to, iż ludzie przyjeżdżają tam z błahymi sprawami, marnując czas medyków. Nikogo takiego nie spotkałem. Szczerze powiedziawszy, trzeba by być skończonym debilem, żeby próbować przyjechać na SOR zamiast do przychodni w ramach „drogi na skróty”. Różne rzeczy można powiedzieć o SOR, ale nie to, że jest to „droga na skróty”. Dziś już wiem, że, nawet gdybym właśnie miał zawał i udar równolegle, wolałbym nie jechać na taki oddział, bo tam co najwyżej można umrzeć.

Czas w tym – podkreślmy – szpitalnym oddziale spędziłem jak wszyscy na plastikowym niewygodnym krzesełku, opatulając się własną kurtką. Główne badania zrobiono mi szybko, nie mogę narzekać, ok. północy wykonałem ostatnie. Od tamtej pory czekałem na przyjęcie przez lekarza.

W nocy dostępny był jeden lekarz. Drugi miał zejść z oddziału, ale nie zszedł. Trudno mieć do niego pretensje, pewnie jakiś pacjent wymagał pomocy. A może doktor spał czy spała? Nie wiem. W każdym razie cały SOR w dużym stołecznym szpitalu obsługiwała jedna młodziutka lekarka. Trudno się dziwić, że to nie działało. Nie miało prawa.

Nad ranem młoda pani doktor zeszła z dyżuru i… do południa na SOR nie było już ani jednego lekarza. Powtórzę: Warszawa, stolica europejskiego kraju, duży szpital, Szpitalny Oddział Ratunkowy i ani jednego lekarza. Żal mi nawet trochę było krążącego ratownika, który coraz bardziej zniecierpliwionym głosem na coraz bardziej natarczywe pytania pacjentów odpowiadał, że nie ma lekarza i on nie ma pojęcia, kiedy będzie.

Kiedy lekarz się pojawił, padł system komputerowy i nie było dostępów do wyników badań, tak, również tych już wykonanych w nocy. Liczba pacjentów oczekujących rosła, bo wciąż siedzieli ci z nocy, a przecież docierali nowi.

I nawet nie ten brak lekarza, choć jest to dla mnie coś niepojętego, i nie ta awaria systemu i nie to długie czekanie – nie to wszystko tak mną wstrząsnęło.

Zawsze miałem nadzieję, że scena filmowa ze słynnym „niech się rozbierze i położy” i „niech mnie pocałuje w dupę” to tylko wymysł fantazji scenarzysty. Sposób, w jaki wszyscy pracownicy szpitala zwracają się do pacjentów, woła o pomstę do nieba. Brak szacunku, opryskliwość „niech…”, unikanie form grzecznościowych, podnoszenie głosu albo ignorowanie – to norma.

SOR to miejsce, w którym systemowo dehumanizuje się pacjentów. Pewnie tylko wtedy, gdy obedrze się ich z człowieczeństwa i godności, pracownicy tego oddziału mogą wytrzymać sami ze sobą i ze świadomością, jak traktują chorych ludzi, którzy przyszli tu po pomoc.

Koło mnie na krzesełku siedziała starsza pani, na pewno po osiemdziesiątce. Trafiła tu z ciśnieniem tak wysokim, że aż dziw, iż nie skończyło się udarem. Obok niej czuwał jej mąż, zapewne w tym samym wieku albo nawet nieco starszy. Pani była niezwykle podobna do mojej świętej pamięci Babci i nawet miała tak samo na imię, więc w nocy sporo rozmawialiśmy.

Osiemdziesięcioletnia starsza pani na granicy udaru spędziła całą noc (gdy dotarłem, ona już tam była) skulona na niewygodnym krzesełku. Mąż bardzo chciał o nią zadbać, ale nie mógł nawet podać jej wody. Pod ścianą stało urządzenie z wodą. Nie było jednak naczyń jednorazowych, więc nikt nie miał w co tej wody sobie nalać.

Gdyby nawet jednak dało się nalać tej wody, to była tam pani z widocznymi objawami neurologicznymi. Ręce trzęsły się jej tak, że nie byłaby w stanie utrzymać kubka z wodą. Spędziła na SOR ponad 24 godziny i na koniec została odesłana do domu jako zdrowa. Objawy widać było gołym okiem, a przyjechała tu nie z własnego widzimisię, ale z zalecenia i skierowania lekarza.

Odnosiłem wrażenie, że głównym celem SOR jest odesłanie pacjenta do domu. Rozmawiałem ze starszym panem, który spędzał tu już trzecią noc z rzędu. Za każdym razem trafiał skierowany przez swojego lekarza rodzinnego. Lekarz rodzinny wysyłał pana na SOR, pan się zjawiał, przetrzymywano go kilka lub kilkanaście godzin, odsyłano do domu, po czym lekarz rodzinny wysyłał go z powrotem. Może to miał być ten przypadek nadużywania, gdy pacjent jakoby idzie na SOR zamiast do lekarza pierwszego kontaktu albo zmyśla sobie objawy?

Kilka razy zwracałem uwagę, że siedzę tu długo, a jestem cukrzykiem. Odbyliśmy m.in. taki dialog z ratownikiem medycznym, udało się do samej rozmowy doprowadzić po kilku nieudanych próbach, bo młodziutki chłopak do złapania był tylko, gdy wychodził z pieczary, by wyjść na zewnątrz na papierosa. No, ale wtedy to on się przecież spieszył, więc na ogół konsekwentnie ignorował pacjentów i ich rodziny. Udało się, gdy bezceremonialnie złapałem go za rękaw i nie mógł udawać, że mnie nie widzi.

– Proszę pana – pytam – mamy godzinę 13.00, nie ma lekarza, więc żadnej pomocy póki co mi nie udzielicie. ja tu siedzę od 23.00, nie mam ze sobą pieniędzy i nic nie jadłem, a jestem cukrzykiem typu pierwszego. Zaczyna mi coraz bardziej spadać poziom cukru. Czy mogę wyjść ze szpitala na około godzinę, podjechać do domu, zjeść coś i wrócić.

– Nie wolno. Niech siedzi i czeka, bo nie wiadomo, kiedy lekarz się pojawi.

– Wie pan, tylko ja tu za chwilę dostanę hipoglikemii i będziemy mieli problem. To może da się załatwić coś do jedzenia z jakże uroczego szpitalnego menu?

– Nie należy się – odburknął młody ciałem i duchem ratownik medyczny, po czym wyszarpnął rękę i czym prędzej poszedł zapalić papierosa. Potem skutecznie już mnie unikał.

Drogi Lekarzu, nie interesuje mnie, co masz w garażu. Nie interesuje mnie też to w przypadku ratownika medycznego. Życzę Wam, żebyście w tych garażach mieli jak najfajniejsze auta, serio, niech Wam się wiedzie i powodzi.

Chciałbym jednak, żebyście pamiętali, że słowo pacjent nie zostało wymyślone po to, by łatwiej przychodziło Wam nie widzieć człowieka w kimś, kto prosi Was o pomoc. Etymologia słowa pacjent mówi bardzo dużo. Pacjent pochodzi od łacińskiego patiens czyli cierpiący. Pacjent to ktoś, kto cierpi, bardziej lub mniej, ale z tym cierpieniem przychodzi do Was jako specjalistów, żebyście mu pomogli. To nie jest numerek na liście do odhaczenia, to nie jest przedmiot, zwierzę ani Wasz wróg.

Przyrzeczenie lekarskie

Przyjmuję z szacunkiem i wdzięcznością dla moich Mistrzów nadany mi tytuł lekarza i w pełni świadomy związanych z nim obowiązków przyrzekam:

  • obowiązki te sumiennie spełniać;
  • służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu;
  • według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek;
  • nie nadużywać ich zaufania i dochować tajemnicy lekarskiej nawet po śmierci chorego;
  • strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić, a do kolegów lekarzy odnosić się z należną im życzliwością, nie podważając zaufania do nich, jednak postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych;
  • stale poszerzać swą wiedzę lekarską i podawać do wiadomości świata lekarskiego wszystko to, co uda mi się wynaleźć i udoskonalić.

Przyrzekam to uroczyście!

(Visited 100 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Nie jestem bohaterem - suma moich strachów

Następny tekst

Kochajcie poetów. I czytajcie poezję.