Home»Życie»Niebieski worek na śmieci

Niebieski worek na śmieci

0
Shares
Pinterest Google+

Szósta rano. Szpital jest cichy i sprawia wrażenie wyludnionego. Wychodzę przed budynek i zapalam papierosa. Coś przykuwa moją uwagę.

Na ławeczce siedzi elegancko ubrana kobieta. Ma ciemne, zasłaniające pól twarzy, okulary, choć o tej porze słońce jeszcze nie świeci tak mocno, by były jej faktycznie potrzebne. Obok niej na ławeczce leży zawiązany niebieski worek na śmieci. Dyskretnie przyglądam się i nagle dostrzegam łzy spływające po sprawiającej wrażenie skamieniałej twarzy.

Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, co naprawdę widzę i obraz układa mi się w całość. W tym zwyczajnym niebieskim worku na śmieci spakowane są rzeczy kogoś jej bliskiego, kto właśnie tej nocy umarł w szpitalu. Kobieta nie szlocha. Patrzy jedynie bez ruchu w jakiś nieokreślony punkt przed nią i tylko w ciszy płyną jej łzy. Ktoś, kogo kochała, został właśnie zredukowany do niechlujnie zasupłanego worka na śmieci.

Tak się złożyło, że tej nocy śnił mi się mój nieżyjący od wielu lat Tata. Zdarza mi się to bardzo rzadko, coraz rzadziej. W tym roku będziemy obchodzić trzydziestą rocznicę jego śmierci. Gdy odszedł, miał tylko 39 lat.

We śnie odwiedzałem akurat moją mamę. Nagle, gdy już się żegnaliśmy, w drzwiach, jakby nigdy nic, stanął Tata, tak, jakby wrócił właśnie z jakiejś dalekiej podróży. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem albo jak utrwaliły w mojej pamięci fotografie, a mama wyglądała tak jak dziś, ale na jego widok odmłodniała. Robili coś razem w malutkiej i ciasnej kuchni, chyba mama obierała ziemniaki, żartując, śmiejąc się i okazując sobie czułość. Wyglądali na bardzo szczęśliwych.

Podszedłem we śnie do Taty i zrobiłem coś, czego – wedle mojej pamięci – raczej nie robiliśmy: przytuliłem się do niego z całej siły. Choć we śnie byłem dorosły, to w tym momencie wydawało się, że sięgam raptem do brzucha, jak dziecko. A kiedy on przytulił mnie równie mocno, bez słów, zrozumiałem, że coś się zmienia.

Z różnymi śmierciami wokół mnie jakoś się pogodziłem, również z odejściami osób bardzo mi bliskich. Ze śmiercią Taty nigdy nie umiałem. Zawsze wydawała mi się pozbawiona jakiegokolwiek sensu, a zarazem krzywdząca i niesprawiedliwa. Wiele razy kłóciłem się o nią zażarcie z Panem Bogiem. Dziś nadal jej nie rozumiem, ale miejsce buntu i złości na Pana Boga zajęło to senne wspomnienie wtulenia się.

(Visited 244 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

W obronie Justyny Kowalczyk

Następny tekst

Dzisiaj nie o ziarnku gorczycy