Home»Wiara»Bądź wola Twoja

Bądź wola Twoja

1
Shares
Pinterest Google+

Od wielu lat codziennie, jak większość chrześcijan, odmawiam modlitwę, której nauczył nas sam Pan Jezus. Zawsze starałem się odmawiać „Ojcze nasz” świadomie. Wydawało mi się, że rozumiem, co mówię. Przyszedł dzień, gdy boleśnie skonfrontowałem się z jednym ze zdań, a jego powiedzenie okazało się bardzo trudne.

Wiele razy rozważałem słowa tej szczególnej modlitwy. Zanim Pan Jezus zaczął jej uczyć, przestrzegał przed paplaniem i wielomówstwem. W tej krótkiej modlitwie jest wszystko, co ważne. Rozważałem więc obie wersje spisane przez ewangelistów, porównywałem wszelkie dostępne tłumaczenia tych fragmentów Nowego Testamentu. Sądziłem, że rozumiem, że udało mi się rozłożyć ten tekst na czynniki pierwsze. Modliłem się w przekonaniu, że naprawdę wiem, o co Pana Boga proszę. Byłem nawet przekonany, że jestem gotowy, by pisać książkę, w której kawałek po kawałku rozważałbym i objaśniał tę modlitwę.

Zawsze, gdy rosnę w pychę i zaczynam stroszyć piórka, kiedy poczuję się nazbyt pewny siebie, przychodzi nieuchronnie moment, w którym na mojej głowie ląduje kubeł zimnej wody, a ja zostaję sprowadzony na ziemię. Tak było i tym razem.

Jakiś czas temu sąd zamienił mi karę grzywny na zastępczą karę pozbawienia wolności. Długo liczyłem na to, że uda mi się uniknąć wykonania tego wyroku. Starałem się o możliwość odpracowania tej kary. Gdy sąd mi tego odmówił, wnioskowałem o odroczenie ze względu na stan zdrowia, z którym naprawdę było źle, ale i ten wniosek został odrzucony. Złożonej wtedy prośby o możliwość odbycia kary w ramach tzw. dozoru elektronicznego sąd w ogóle nie rozpatrzył. Pod koniec sierpnia znów wylądowałem w szpitalu, tym razem w Kaliszu. Policja zatrzymała mnie 31 sierpnia, w chwilę po opuszczeniu szpitala. Nie mogłem pożegnać się z żoną ani z dziećmi. Nie pozwolono mi zabrać żadnych rzeczy, nawet portfela.

Policjanci, którzy po mnie przyjechali, nie byli nastawieni zbyt przychylnie. Jeden starał się być uprzejmy, drugi przez cały czas sprawiał wrażenie, że czeka na okazję i pretekst, żeby mi przywalić. Nie zrobił tego, ale przyznam, że naprawdę liczyłem się poważnie z taką możliwością. Z boleśnie skutymi na plecach rękami trafiłem na komendę, a po dopełnieniu wszystkich formalności – do policyjnej izby zatrzymań. Musiałem rozebrać się do naga. Zamiast moich ubrań dostałem starą, niezbyt ładnie pachnącą bluzę, spodnie dresowe rozprute od kolan aż do kroku oraz plastikowe klapki. Oddałem wszystko, co miałem w kieszeniach, łańcuszek z krzyżykiem, obrączkę i zegarek. Wtedy trafiłem do celi.

Za ciężkimi drzwiami czekało na mnie mocno zniszczone pomieszczenie, a w nim cztery prycze bez materacy – wyglądały jak skrzynie z betonu, pomalowane tą samą szarą farbą co ściany. Na pryczy leżał przedmiot przypominający brudną małą poduszkę i stary, zmechacony, niezbyt świeży koc. W niewielkim oknie były oczywiście kraty. W celi nie było toalety – trzeba było walić w drzwi i prosić policjanta, by pozwolił wyjść. Mój rekord czekania to około pół godziny, a może i dłużej – bez zegarka trudno wszak o dokładny pomiar czasu. Pogadałem chwilę z człowiekiem, który był już w celi. Niedługo po moim wejściu przyjechał obiad, ale mi się nie należał. Czułem się głodny, więc z zazdrością patrzyłem, jak mój nowy znajomy pochłania posiłek. Zaraz po kolacji wyszedł na wolność, a ja zostałem sam.

Chodziłem po celi. Nic innego nie miałem do roboty. Alternatywą było leżenie na twardej, niewygodnej pryczy i bezmyślne gapienie się w sufit. Kiedy tak łaziłem, przyszło mi do głowy, by odmówić dziesiątkę różańca i porozmawiać z Panem Bogiem. Nie miałem swojego ukochanego różańca od papieża, bo przecież policjanci nie pozwolili mi zabrać nic ze sobą, ale od czego są palce – zamiast na paciorkach można przecież liczył właśnie na paluchach. Przeżegnałem się, odmówiłem „Wyznanie wiary”. Zastanowiłem się, którą tajemnicę różańca wybrać. Pierwsza myśl powędrowała do tajemnic bolesnych. Uznałem to jednak za proste, zbyt oczywiste i niewłaściwe – nie wiem, dlaczego. Ostatecznie wybrałem tajemnicę chwalebną – zesłanie Ducha Świętego. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie ta tajemnica wydała mi się najbardziej odpowiednia do sytuacji.

Różaniec zaczyna się od „Ojcze nasz”. Słowa: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje” jakoś poszły, chociaż mówiłem je ze ściśniętym gardłem. Przede wszystkim towarzyszył mi wtedy paraliżujący strach. Nie wiedziałem, co mnie czeka, czego spodziewać się, kiedy przeniosą mnie do więzienia. I wtedy nadszedł TEN moment. Doszedłem do słów: „Bądź wola Twoja”. I wtedy zabrakło mi sił, by mówić. Zacząłem po prostu płakać. Łzy same płynęły mi po twarzy. Szlochałem cicho, ale całym sobą. Nawet nie próbowałem tego powstrzymywać. Nie dałbym zresztą rady, nie miało to więc sensu. Im dłużej płakałem, tym mocniej czułem, że mi to pomaga. Dopiero po długim czasie byłem w stanie powiedzieć te słowa: „Bądź wola Twoja”.

A przecież wypowiadałem je w swoim życiu już tyle razy. Tyle razy – ale inaczej. Bądź wola Twoja, Panie Boże, ale, wiesz, niech ta Twoja wola będzie taka jak i moja. Łatwo było mi mówić te słowa, gdy wszystko szło po mojej myśli, kiedy przynajmniej miałem nadzieję, że się uda. I oto stanąłem przed tym, że się nie udało. Tak bardzo liczyłem, że uniknę więzienia, a stałem teraz w celi bezbronny, bezsilny, przerażony, zrozpaczony, pozbawiony nadziei. Uświadomiłem sobie boleśnie, że wola Pana Boga okazała się zupełnie inna niż moje pragnienia. Powtarzałem więc sobie wiele razy to: „Bądź wola Twoja”, by te słowa utrwaliły się we mnie, trochę samego siebie do nich przekonując. Każde ich powtórzenie było trudne i bolesne.

Nie umiałem pójść dalej, na tych trudnych słowach musiałem się zatrzymać. Tyle razy prosiłem, Panie Boże, a Ty zdecydowałeś inaczej: nie wysłuchałeś moich próśb. Najwyraźniej miałeś ku temu powody, których ja nie rozumiem, nie umiem zrozumieć; najwyraźniej masz plan , choć ja go nie dostrzegam i nie pojmuję. Staram się, ale nie potrafię. Może wcale nie muszę tego planu rozumieć? Wierzę jednak, Panie Boże, że ten plan masz. Wierzę, że mnie kochasz. Wierzę, że lepiej niż ja wiesz, co dla mnie dobre. Wierzę, że chcesz dla mnie dobrze. Wierzę, że jesteś przy mnie. Ufam Ci, Panie Boże. Ufam. Ufam? Czy na pewno? Panie Boże, spraw, żebym umiał Ci ufać, bym tego nie stracił. Pomóż mi być Ci posłusznym, wspieraj mnie, żebym się nie buntował przeciwko Tobie i Twojej woli, bo nie wiem, czy sam będę tak potrafił. Nie ufam sobie, ale ufam Tobie, więc to Ty mną pokieruj. Bądź wola Twoja.

Więzienie, choć jest oczywiście nieprzyjemne, momentami naprawdę trudne, pełne absurdów, okazało się jednak nie być tak straszne, jakim je sobie wcześniej wyobrażałem. Nadal nie rozumiem Bożego planu. Nadal nie wiem, dlaczego On nie wysłuchał moich próśb. Chwilami zaczyna mi się wydawać, że coś mi kiełkuje w głowie i rozumiem, ale potem przychodzi refleksja, że mogę źle odczytywać znaki. Nie wiem. Nie rozumiem. Chciałbym wiedzieć i rozumieć. Każdy by pewnie na moim miejscu chciał. Ale nie muszę. Codziennie powtarzam: „Bądź wola Twoja” i „Jezu, ufam Tobie”. I cały czas obawiam się, że nadal tych słów w pełni nie rozumiem.

(Visited 696 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Opanowałem tę sztukę do perfekcji

Następny tekst

Wszyscy jesteśmy niewidomi