Home»Życie»Smak wykradzionych chwil

Smak wykradzionych chwil

0
Shares
Pinterest Google+

„Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz” – pisał wieki temu Jan Kochanowski. Obiecuję jednak, że ten tekst nie będzie formą profilaktyki zdrowotnej, a tym bardziej – wykładem z historii literatury ojczystej. Można bezpiecznie czytać dalej.

Pamiętacie zapewne ze swojego życia chwile zakochania. Czasu spędzanego z tą drugą osobą jest zawsze zbyt mało, a ten, który ma się do dyspozycji, smakuje intensywnie. Lepiej dostrzegasz piękno; zapach jest bogatszy; każdy, choćby przypadkowy, dotyk odczuwasz mocniej. Wykradacie światu każde czułe słowo, każde miłosne spojrzenie, każdy pocałunek, każde przytulenie, każdą, nawet najbardziej niewinną, pieszczotę. A kiedy się nie widzicie, wracacie do tego, co udało się razem przeżyć, wspominacie, rozpamiętujecie – niczym bohater Marcela Prousta – smak magdalenek z dzieciństwa. Tęsknisz więc, czekasz z utęsknieniem, marzysz, by znów, by jak najszybciej przeżyć to ponownie. Im bliżej spotkania, tym silniejsze podekscytowanie i tym trudniej czekać. A gdy do spotkania już dochodzi, czujesz się uskrzydlony.

Jeśli się uda, z zakochania rodzi się związek. Stopniowo staje się coraz poważniejszy. Ta powaga oznacza na ogół wspólne zamieszkanie, zaręczyny, ślub, dzieci. Kolejność tych zdarzeń bywa różna, aczkolwiek w zgodzie z nauczaniem dodam, że właściwa kolejność to zaręczyny, ślub, wspólne zamieszkanie, dzieci. Zakochani chcieli spędzać razem jak najwięcej czasu i to właśnie otrzymują. Zakupy, sprzątanie, gotowanie, zmywanie, prasowanie, pranie, praca, opieka nad dziećmi, ich wychowywanie, codzienne sprawy, codzienne problemy – większe i mniejsze, codzienne radości, czasem zmęczenie. O tym marzyli, choć pewnie w ich wyobrażeniach blaski skutecznie swym światłem ukrywały cienie.

I gdzieś w tej, jak to ładnie określają literaci, prozie życia codziennego zaczyna stopniowo brakować miejsca na poezję zakochania. To wcale nie jest tak, że nie potrzebują już tych pocałunków, dotyku, pieszczot, przytulania, tych, choćby drobnych, gestów czułości, które kiedyś łapczywie wykradali i wiecznie było im mało. Ależ potrzebują! Mają siebie na co dzień, na wyciągnięcie ręki, wydawałoby się – bez ograniczeń. Tylko pranie samo się nie zrobi, mieszkanie samo się nie posprząta, obiad sam nie ugotuje, w pracy wiecznie nadmiar obowiązków, dziecko przyniosło kiepskie stopnie ze szkoły i trzeba dopilnować, żeby odrobiło pracę domową, bo znowu „zapomniało”. Cały dzień na nogach, a wieczorem oczy same zamykają się ze zmęczenia do snu. A jeśli nawet akurat problemów nie ma, to to, co się kiedyś życiu wykradało, smakuje inaczej, gdy stało się dostępne jak chleb powszedni.

Oboje czujecie, że coś po drodze zgubiliście. Chcielibyście to odzyskać. Rozmawiacie o tym – bardzo poważnie, rzecz jasna. Obiecujecie sobie, że o to powalczycie. Próbujecie, ale po jakimś czasie, na ogół dość krótkim, życie wraca na dawne tory. Próbujecie znów, zastanawiając się, dlaczego wcześniej się nie udało. Czasem nawet wydaje wam się, że już wiecie i wymyśliliście, jak wszystko w genialny sposób naprawić i… i znowu się nie udaje.

Doświadczenie uczy, że trzeba uważać, o co się Pana Boga prosi, bo gdy spełnia On prośby, robi to często w dziwny dla nas sposób, zaskakujący, który niekoniecznie musi przypaść nam do gustu. Przekonałem się o tym niedawno.

Siedziałem z moją piękną żoną w sali widzeń. Ona piękna, ładnie ubrana, pachnąca, ja – w przydziałowej więziennej zielonej kurtce. Wokół, przy stolikach, inni więźniowie ze swoimi bliskimi. Niedaleko – pilnujący porządku strażnik. Sympatyczny, choć wcale nie przypadkowo wśród osadzonych miał pseudonim „Ostry”. Czas biegł nieubłaganie – zaledwie godzina. Za krótko, o wiele za krótko. Całowaliśmy się, trzymaliśmy się za ręce, próbowaliśmy nieśmiało dotykać się – tak, by nie było tego widać. Pod sufitem wisiały przecież kamery, a strażnik spoglądał z dezaprobatą i co jakiś czas, na szczęście pobłażliwie i pół-żartem, groził nam palcem. Czekałem na to spotkanie od pobudki, no i przez wcześniejsze dni, rozpamiętuję tę chwilę nawet teraz, choć minęło już 3 tygodnie i jestem już w domu. Smak tych sześćdziesięciu minut miał, wszystko wtedy na to wskazywało, wystarczyć mi na dwa tygodnie.

Miałem na wyciągnięcie ręki, na co dzień, bez ograniczeń. Musiałem znaleźć się w więzieniu, żeby do doceniać. Jan z Czarnolasu uśmiecha się kpiąco, siedząc pod swoją lipą. A ja uśmiecham się, pisząc te słowa. Odzyskałem wszak radość bycia zakochanym, o co Pana Boga prosiłem, choć cena okazała się wysoka. Ale warto.

(Visited 87 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Wszyscy jesteśmy niewidomi

Następny tekst

Czy takim mnie kochasz?