Home»Wiara»Wszyscy jesteśmy niewidomi

Wszyscy jesteśmy niewidomi

0
Shares
Pinterest Google+

Dobrze było po długiej przerwie móc wreszcie pójść z dziećmi i żoną do kościoła. Pan Jezus czekał na mnie ze słowem, które idealnie wpasowało się w moment, w to, o czym właśnie myślałem – jakby chciał odpowiedzieć na moje wątpliwości.

Zacznijmy więc od dzisiejszego fragmentu Ewangelii:

Gdy Jezus wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. A słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! „Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i rzekł: „Zawołajcie go”. I przywołali niewidomego, mówiąc mu: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: „Co chcesz, abym ci uczynił?” Powiedział Mu niewidomy: „Rabbuni, żebym przejrzał”. Jezus mu rzekł: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.

Mk 10, 46b-52

Nie jestem godzien

Nie jest żadną tajemnicą, że ostatni czas spędziłem w więzieniu. Zdaniem niektórych byłem tam zbyt krótko. Nie mi to oceniać, bo i nie ja decydowałem o tym. Nadal zresztą odbywam karę pozbawienia wolności, tyle że teraz w formie aresztu domowego, czyli w systemie dozoru elektronicznego. Po powrocie opublikowałem na blogu tekst o najtrudniejszej modlitwie, którą odmawiałem pierwszego dnia po zatrzymaniu. Oprócz wielu ciepłych słów, za które dziękuję, pojawiło się też wiele bardzo napastliwych komentarzy, za które też dziękuję, mimo że je usunąłem. Dziękuję za nie, choć pojawiał się w nich klasyczny hejt, niestety skierowany również przeciwko mojej rodzinie. Dziękuję, bo wzbudziły we mnie wątpliwości i zmusiły do myślenia, a na to myślenie właśnie odpowiedziała mi dzisiejsza Liturgia Słowa.

Pisano do mnie, że powinienem siedzieć cicho. Bartymeuszowi też nakazywano, by umilkł, gdy wołał do Pana Jezusa. Całe moje blogowanie jest wołaniem do Pana Boga. Pomysł, by prowadzić taki blog wziął się z chęci zapisywania drogi nawrócenia. Ciągle się nawracam, bo ciągle jestem grzesznikiem. Staram się nie powtarzać błędów, w przypadku tych, z powodu których znalazłem się, sprawiedliwie i słusznie, w więzieniu, udaje mi się to, w przypadku innych bywa, że wciąż wracam z nimi do konfesjonału.

Czy jestem godny, by pisać o Panu Bogu? Nie, nie jestem – tu krytykujący mają rację. W czasie Mszy Świętej, przed przyjęciem Komunii Świętej, powtarzam za setnikiem z Kafarnaum (Mt 8, 5-13):

Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

Setnik nie był godzien, niewidomy nie był godzien, ja nie jestem godzien. Ty też nie jesteś. Nikt nie jest godzien. Na tym właśnie polega cały urok – nikt nie jest godzien, ale każdy jest zaproszony. I, choćby cię uciszali, krzycz do Pana Jezusa. On tego chce i na to czeka. Im bardziej mówią ci, żebyś się uciszył, tym głośniej wołaj – jak Bartymeusz, syn Tymeusza. Nie wszystkich, którzy pojawiają się na kartach Ewangelii, spotykają Zbawiciela i doświadczają od Niego cudów, znamy z imienia. Skoro tego niewidomego znamy, to musi on być ważny. Na jego przykładzie Pan Bóg nam coś chce przekazać.

Jestem niewidomy

Z moimi oczami jest wszystko w miarę w porządku. Noszę co prawda okulary, +3,5 dioptrii w każdym oku, ale z nimi na nosie widzę dość dobrze – w tym najbardziej oczywistym znaczeniu słowa „widzę”. Bo tak naprawdę – często jestem ślepcem.

Wiele razy nie widziałem zła, które robiłem, krzywd, które wyrządzałem. Wiele razy nie widziałem dobra, które mnie otaczało i spotykało. Nie widziałem też nieraz dobra, które było we mnie, dostrzegając w sobie tylko zło, a potem w głupi sposób lecząc kompleksy. Nie widziałem miłości i piękna. Nie umiałem dostrzec, nie umiałem zachwycić się, a przez to nie umiałem być za wdzięczny i dziękować, ale też poczuć w czas skruchę i przeprosić. Często wydawało mi się, że mam wszystko pod kontrolą, bo nie widziałem, że wszystko się sypie. Tyle razy nie widziałem tego, co ważne i szedłem za błahostkami, uznając je za istotne. Nie widziałem tego, co pewne, więc wybierałem miraże.

I tak, w końcu krzyczałem jak Bartymeusz. I wciąż na nowo wołam o pomoc. „Rabbuni, żebym przejrzał”.

On mnie szanuje

W tym spotkaniu Pana Jezusa z Bartymeuszem jest coś, co mnie zachwyca, bo to jest coś, co w ogóle zachwyca mnie w Panu Bogu.

Pan Jezus przecież doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że syn Tymeusza jest niewidomy; świetnie wie, że chce on odzyskać wzrok. Mógłby od razu przejść do rzeczy, wszak miał co robić, mnóstwo ludzi czegoś od Niego potrzebowało. To byłoby rozsądne – uzdrowić i zająć się następnym potrzebującym, czas Mesjasza musi wszak być cenny. On jednak pyta:  „Co chcesz, abym ci uczynił?”

On zawsze ma dla mnie czas i zawsze pyta, czego ja chcę. Lepiej niż ja wie, czego mi potrzeba, ale pyta. Szanuje mnie, choć, jak rzekłby Kohelet, jestem „marność nad marnościami i wszystko marność”.

I wreszcie na koniec Pan Jezus mówi do niewidomego: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Nie, że to On, ale że wiara człowieka. Pan Jezus czyni cuda, ale postawa człowieka ma w nich ogromne znaczenie. Mówił o tym wielokrotnie – że wiara przenosi góry. Jasne, Pan Bóg jest wszechmocny, ale sam tę moc ogranicza, szanując moją wolność. Może czynić w moim życiu cuda – ale ze mną, a nie wbrew mnie.

Dlatego będę wciąż Go wołał, mówił o Nim, pisał o Nim, choć nie jestem godzien. Ty, Czytelniku, też nie jesteś. I też wołaj, mów, pisz.

ilustracja: Eustache Le Sueur, Chrystus uzdrawiający niewidomego, pierwsza połowa XVII wieku, źródło: Wikimedia, domena publiczna
(Visited 95 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Bądź wola Twoja

Następny tekst

Smak wykradzionych chwil