Home»Wiara»Czy takim mnie kochasz?

Czy takim mnie kochasz?

0
Shares
Pinterest Google+

Obejrzałem niedawno wywiad z Agnieszką Chylińską. Całe to nagranie zawierające rozmowy z artystką przeprowadzone przez jej przyjaciół wgniotło mnie w fotel, jest – w moim odczuciu – przejmujące, bardzo osobiste i szczere. Znalazł się w nim jednak fragment, który szczególnie przykuł moją uwagę.

Agnieszka Chylińska mówi Marcinowi Prokopowi:

Jestem łajdakiem, który przychodzi do Pana Jezusa. Już nie jestem tą narysowaną przez siebie matką-Polką, która ma wszystko ułożone w szufladce, tylko ja przychodzę jako łobuz i mówię: Czy taką mnie kochasz? Czy taką mnie kochasz, kurwa? Czy to prawda, że właśnie taką będziesz mnie kochał? Właśnie taką? Niedobrą, egoistyczną, pojebaną, robiącą rzeczy złe, robiącą rzeczy podłe? Czy taką mnie pokochasz? I teraz ta modlitwa jest żarliwsza i myślę, że teraz ta modlitwa jest bardziej prawdziwa.

Mogę tylko mieć nadzieję, że Agnieszka Chylińska zna odpowiedź na pytanie. A odpowiedź brzmi: Tak, własnie taką Pan Bóg cię kocha. To nie znaczy, że podoba Mu się niedobro, egoizm, pojebanie, robienie rzeczy złych i podłych.

Czasem wkurzają mnie różne wady i zachowania mojej Żony (oczywiście nieliczne i rzadkie). Ale one nie zmieniają tego, że ją kocham. Wierzę, że prawdziwa miłość nie jest „za”, ale „pomimo”. Czasami moi synkowie narozrabiają i wkraczam (bywa niestety, że za ostro), ale, o ile nie zdążę powiedzieć im tego wcześniej, to na koniec dnia przychodzi zawsze moment, gdy mówię im dobranoc i powtarzam codziennie „pamiętaj, że tata cię kocha i że jesteś fajnym chłopakiem”. Kocham ich z ich rozrabianiem i ich wadami. Kocham moją Żonę z jej wadami (powtórzę: nielicznymi). Takich, jakimi są. I tak – wierzę w to głęboko – kocha Pan Bóg. I Agnieszkę Chylińską, i mnie.

Świadectwo Agnieszki Chylińskiej przekonuje mnie, bo zdecydowanie nie jest lukrowane. Ja sam zadaję takie pytanie Panu Bogu bardzo często. Nie wierzę w świadectwa utrzymane w konwencji „moje życie było niefajne, poznałem Pana Jezusa i od tej chwili żyję długo i szczęśliwie”. Nie kupuję tego, bo nawrócenie tak nie działa. W nawróceniu jest czas na wątpliwości, na upadki, na ciemną noc, gdy opadnie euforia i nie czuje się obecności Pana Boga, jest czas na pokusy, gdy szatan walczy o to, by nas odciągnąć. To zdecydowanie nie jest budyń z soczkiem. I tak pokazuje to Chylińska.

Ale pokazuje też to, że nawrócenie, wiara nie uczyni człowieka od razu bezgrzesznym, nie zmieni w chodzący ideał. Znam to z autopsji. Wydawało mi się, że po nawróceniu będę żył wiarą, zgodnie z przykazaniami, że poradzę sobie ze swoimi grzechami i one dzięki wierze znikną, czyli przestanę grzeszyć. (Pisałem już kiedyś o pułapkach bycia neofitą.)

Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała to ułudy. Wciąż grzeszę, wciąż powtarzam grzechy, powtarzam te same błędy, wpadam w te same złe schematy. Wciąż upadam, wciąż wracam z do spowiedzi z tym samym. Wciąż powtarzam: „więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę”. I w chwili, gdy to mówię, głęboko w to wierzę. Ale potem okazuje się, że to nie takie proste.

Są grzechy, z którymi chcę i umiem walczyć i udaje mi się je eliminować, czy choćby ograniczać. Są takie, z którymi chcę walczyć, ale nie umiem, w efekcie – choć próbuję, to wciąż je powtarzam. Są jednak również takie, z którymi – co niedawno do mnie dotarło – dziś nie umiem chcieć walczyć. Chciałbym umieć, wiem, że powinienem, źle czuję się z tym, ale nie umiem znaleźć w sobie sił i chęci. Przychodzę więc do Pana Boga z ogromnym poczuciem winy – bo grzeszę, bo nie umiem przestać, bo dziś nie umiem chcieć przestać. I podobnie jak Agnieszka Chylińska pytam Go: Czy takim mnie, Tato, kochasz?

Mam zwątpienia, przyznaję. Przypominam sobie potem na szczęście, że na miłość Pana Boga nie muszę zasłużyć, bo i nie jestem w stanie tego zrobić – On kocha mnie pomimo, a nie za coś, kocha mnie takim, jakim jestem. To taka miłość ze strony Pana Boga może motywować do pracy nad sobą, do stawania się lepszym – ale nie po to, by na nią zasłużyć, ale dlatego, że ona daje siłę.

I właśnie dlatego bardzo boli mnie to, co na przestrzeni dziejów jako wspólnota Kościoła zrobiliśmy z Eucharystią. Powiązaliśmy sakrament Eucharystii z sakramentem pokuty, czyniąc z Komunii Świętej coś na kształt nagrody za dobre sprawowanie albo za obietnicę poprawy, która to obietnica bardzo często przecież jest i tak bez pokrycia.

Punktem wyjścia do takiego traktowania stał się m.in. cytat z listu świętego Pawła do Koryntian:

Kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej.

1 Kor 11, 27

Nie mam pojęcia, co myślał o sobie święty Paweł, ale z innych jego pism wynika, że był świadomy swojej grzeszności. Ja w każdym razie zawsze spożywam niegodnie, bo nigdy nie jestem godzien. Powtarzam to za każdym razem, tuż przed przyjęciem Komunii Świętej:

Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

Ja nie wiem, co się stało. Czy Duch Święty przysnął, gdy święty Paweł pisał ten fragment listu? To akurat wydaje mi się mało prawdopodobne. Może apostoł niezbyt uważnie słuchał, gdy mu Duch Święty podpowiadał albo coś opacznie zrozumiał? To już bardziej prawdopodobne, wszak Paweł, choć święty i piszący pod natchnieniem, jako człowiek był jednak omylny. A może to my – wspólnota Kościoła – popełniliśmy na przestrzeni wieków koszmarny błąd w rozumieniu tych słów? To brzmi najbardziej przekonująco.

Jak by jednak nie było, to mam głębokie przekonanie, że to, jakie wnioski w kwestii dyscypliny sakramentalnej, ale i doktrynalne z tych słów apostoła wyprowadziliśmy, przeczy twierdzeniu z Ewangelii:

„Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają.”

Mt 9,12

Nie ma lepszego lekarza niż Pan Jezus. Jak można więc odmawiać chorym, by przyszedł do nich Lekarz? A jak przychodzi do nas ów Lekarz? Właśnie przecież w Eucharystii.

Pan Jezus odpuścił grzechy jawnogrzesznicy, nie czekając na jej wyznanie skruchy i woli poprawy. Nic nie wiemy o tym, czy żałowała, czy miała wolę poprawy, czy faktycznie zmieniła swoje postępowanie po spotkaniu ze Zbawicielem. Odwiedził celnika Mateusza i dopiero w wyniku tej wizyty ten się nawrócił – nie na odwrót. I wreszcie na krzyżu umarł również za tych, którzy Go zabili, choć przecież wcale tego, przynajmniej w tym momencie, nie żałowali.

Właśnie wtedy, gdy grzeszę, gdy nie umiem się podnieść, gdy nie umiem nawet chcieć walczyć, najbardziej potrzebuję Pana Jezusa. Właśnie wtedy najboleśniej krzyczę jak Agnieszka Chylińska: Czy takim mnie kochasz? A jeśli mnie kochasz, to czy na pewno mnie teraz nie zostawisz? Nie odrzucisz? Nie odepchniesz z odrazą?

Pan Bóg, w którego wierzę, kocha mnie takim, jakim jestem. To nie znaczy, że akceptuje wszystko, co robię, ale ma do mnie cierpliwość. Wie, że na niektóre zmiany potrzebuję więcej czasu, a do niektórych być może nigdy nie dorosnę.

(Visited 123 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Smak wykradzionych chwil

Następny tekst

Kainowy grzech