Home»Życie»Nie zabijaj dziecka

Nie zabijaj dziecka

0
Shares
Pinterest Google+

Gdy byłem małym dzieckiem, małem dużego (jak dla mnie) misia. Nazywał się Pampicio. To nie było wbrew pozorom imię. „Pam” to „pan”. „Picio” – „misio”. Pampicio. Pan Misio. Towarzyszył mi bardzo długo i byłem już sporym chłopakiem, gdy miś niespodziewanie dokonał żywota. Pies zeżarł mu głowę.

Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem następcę. On też nazywał się Pampicio. Ciężko kilka dni pracowałem, handlując książkami na ulicy, żeby na niego zarobić. Zaginął po kilku latach w boju przy okazji którejś z licznych moich przeprowadzek.

Wtedy w moim, już dorosłym, życiu pojawił się kolejny miś. Oczywiście – Pampicio. To ten ze zdjęcia ilustracyjnego tego tekstu. Ten Pampicio jest ze mną do dziś. Teraz ku uciesze dziatwy, mówi swoim-moim głosem. Jest złośliwy, arogancki, zazdrosny, a gdy dzieci nie słyszą – bywa potwornie wulgarny. Czasem siedzi sobie na półce cicho, a czasami dopomina się uwagi, rozmowy i przytulania. Na pytanie „Co?” odpowiada niezmiennie „Jajco”, a kiedy ma mnie dość oświadcza z właściwym sobie wdziękiem, że „uprzejmie uprasza, abym zechciał spierdalać”.

Jakiś czas temu w ramach zawodowej współpracy przy promocji filmu dostaliśmy (z myślą o dzieciach) maskotki z bohaterami tegoż, podobno fajnego, dzieła. Do dziś nie pamiętam, jak się nazywa ta postać, bo filmu nie widziałem i mi się nie utrwaliło.

Kiedy tylko maskotka pojawiła się w naszym domu, od pierwszego wejrzenia wiedziałem, że to jest mój Przyjaciel. Ze względu na wyraz twarzy nazywa się po prostu Przyjaciel Debil, a ja ogłosiłem wszystkim, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Pampicio toleruje go tylko dlatego, że nie to nie jest miś. Przyjaciel Debil śpi ze mną. Kiedyś spał na poduszce między mną a żoną, ale, pomijając już fakt, że to symbolicznie nie wygląda zbyt dobrze, to miejsce zajął ostatecznie kot Wicio i nie daje się przekonać do innego. Przyjaciel Debil śpi więc albo po drugiej stronie poduszki, albo obok łóżka.

W trakcie przedświątecznych porządków wywaliłem ogromną kolekcję maskotek, które przez lata dostawałem od policjantów – każda komenda wojewódzka w tym kraju, a i wiele miejskich, ma swoją własną maskotkę, wokół której buduje programy profilaktyczne dla dzieci. Te maskotki wyrzuciłem. Ale Pampicio i Przyjaciel zostali, bo zostać po prostu musieli. Bez nich życie nie miałoby sensu.

Któregoś dnia zobaczyłem w sklepie czerwone buty i zakochałem się w nich od pierwszego wejrzenia. Wiedziałem, że ich nie kupię – kosztowały blisko 500 złotych, czyli były całkowicie poza moim zasięgiem. Nawet gdybym miał takie pieniądze, a nie mam, to nie wydałbym takiej sumy. Wracałem do domu z nosem na kwintę.

Coś mnie jednak tknęło i zacząłem szukać w internetowych sklepach z obuwiem. Długo nie mogłem znaleźć takich, które by mi odpowiadały, a przy tym miały rozsądną cenę. Aż w końcu znalazłem – dokładnie takie, o jakie mi chodziło. I kosztowały 99 złotych, czyli jak na zimowe buty niedrogo. Pokazałem je żonie, która zarządza naszymi domowymi finansami. Miała je zamówić, ale nie zamówiła. Pomyślałem sobie, że w sumie te stare buty, choć już zniszczone, mogą mi jeszcze posłużyć, są ważniejsze wydatki niż moje buty. Trudno.

I w Mikołajki przyszły buty. Żona mnie zmyliła. Dawno żaden prezent nie sprawił mi tyle radości. Do dzisiaj, gdy wychodzimy, co parę metrów zatrzymuję się i pokazuję na buty, mówiąc do żony: „Patrz, jakie mam zajebiaszcze, czerwoniusie butki!”. Serio, samo ich zakładanie sprawia mi radość. Pilnuję, by były idealnie czyste i zachwycam się nimi na okrągło. Nie chowam ich nawet do szafy, bo lubię na nie popatrzeć. Tak, w domu też co jakiś czas pokazuję domownikom, jakie mam „zajebiaszcze, czerwoniutkie buty”. Cieszę się jak dziecko i wcale mi to nie przechodzi, choć od Mikołajek już trochę czasu minęło.

Kluczowe jest tutaj to – jak dziecko.

„Nie bądź dziecinny”, „Nie zachowuj się jak dziecko”, „Dorośnij wreszcie”, „Spoważniej – słyszymy często. Jakby bycie dzieckiem było czymś złym. I dorastamy, poważniejemy, zabijamy dziecko w sobie.

W filmie z Robinem Williamsem „Hook”, który jest wariacją na temat opowieści o Piotrusiu Panie, jest taka scena, w której rodzina dorosłego Piotrusia odwiedza babcię Wendy, ta pyta dzieci, czym zajmuje się ich tata. Dzieci wyjaśniają, że tata przejmuje inne firmy i je zatapia. Babcia patrzy ze smutkiem i mówi: „Piotrusiu, stałeś się piratem”. Inaczej mówiąc: stałeś się zaprzeczeniem tego, kim byłeś; stałeś się tym, z czym walczyłeś.

W dzieciństwie z jednej strony naśladowaliśmy dorosłych w zabawach (w dom, w szkołę, w sklep, w policjantów i złodziei, w pocztę, w wojsko), a z drugiej – nie chcieliśmy być jak oni, bo przecież oni nic nie rozumieją. Buntowaliśmy się jako nastolatki, a na koniec staliśmy się piratami jak grany przez Williamsa Piotruś Pan.

Zaczęliśmy ubierać się poważnie, chodzić do pracy, zarabiać pieniądze, robić karierę, dorabiać się, obrastać w piórka. Zajęci tą gonitwą nie mamy często czasu na zabawę, śmiech, wygłupy, ale też na zachwycenie się tym, co mamy, co wokół nas – na to, by pokazywać, jakie mamy „zajebiaszcze, czerwoniutkie buty”. W ciągłej walce nie możemy pokazywać słabości. A przytulenie się do maskotki wydaje się słabością.

Potrafię się zamartwiać, często na zapas. A jeśli klient nie zapłaci? A jeśli nie przyjdzie nowy? A jeśli dziecko nie zda do kolejnej klasy? A jeśli? A jeśli? Potrafimy z żoną przegadać wiele nocy, zastanawiając się, jak rozwiązać problem wychowawczy albo jak uniknąć potencjalnego, obmyślając, co możemy zrobić, żeby nasza sytuacja była możliwie stabilna.

Ale jednocześnie cieszę się, że mam Pampicia i Przyjaciela Debila. Cieszę się, że potrafię zachwycać się, wygłupiać, śpiewać improwizowane kretyńskie piosenki albo jeszcze bardziej idiotyczne wierszyki; że potrafię płakać, gdy mnie coś boli, smuci albo po prostu wzruszy, śmiać się w głos, skakać; że mam w sobie ciekawość, która wciąż popycha mnie, by poznawać, uczyć się. Im więcej jest we mnie dziecka, tym lepiej. Gdy ktoś nazywa mnie dużym dzieckiem, traktuję to jako komplement.

Nie bój się być dzieckiem. Nie zabijaj go w sobie. A jeśli wydaje ci się, że już zabiłeś, to poszukaj – można to dziecko w sobie uciszyć, ale ono gdzieś jest, znajdź je i pozwól mu wyjść z ukrycia. Pozwól sobie. Warto.

(Visited 157 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Foto Archiwum z 2017 roku

Następny tekst

Moja i twoja beznadzieja