Home»Życie»Wieża samotności

Wieża samotności

7
Shares
Pinterest Google+

Miało być analitycznie na ważne i poważne tematy, a wyjdzie poważnie ale pamiętnikowo, choć w sumie tematy też istotne. No, ale przecież to jest blog, a istotą blogowania u jego początków było właśnie pisanie pamiętnika.

Od dłuższego czasu czułem, że coś dzieje się nie tak. Od kryzysu do kryzysu. Od chandry do chandry. Co chwilę coś się sypało i nadal sypie. Brak motywacji. Nerwy. Smutek. Czasem zupełnie irracjonalny. Pewnego dnia do łez doprowadziły mnie zmywane sztućce. Nie pytajcie. Ja sam nie wiem, dlaczego i w jaki sposób, co było w nich lub w ich zmywaniu tak rozpaczliwego. Zapewne nie miały w ogóle związku z emocjami, które przejęły wtedy nade mną kontrolę poza jednym: rutynowa, nie wymagająca wysiłku intelektualnego i emocjonalnego czynność pozwoliła na ujawnienie się emocji, które we mnie z innego powodu buzowały.

Postanowiłem skorzystać z pomocy specjalisty i zapisałem się do psychologa. Nie miałem oporów, choć wiem, że są tacy, którzy się boją albo wstydzą. To żaden wstyd. Trafiłem na mądrą psycholog.

Ale nie podołałem. Zaczęliśmy rozmawiać o moim życiowym bagażu i przy tej okazji wracać do wspomnień, zapisanych w pamięci obrazów, przeżyć, emocji, które jakoś sobie poukładałem, czasem pewnie niemądrze. To wyciąganie wszystkiego mnie przytłoczyło. Nie chciałem wracać, rozgrzebywać. Wcale nie twierdzę, że to była mądra decyzja, ale innej nie umiałem podjąć: zrezygnowałem z terapii.

Coś jednak z tej terapii pozostało: Potrzeba porządkowania spraw w głowie, takie „rozkminianie”, ale też potrzeba nazywania i mówienia.

I w ten sposób dotarło do mnie, że nigdy nie umiałem nawiązywać kontaktów z ludźmi. Miałem w sobie, i nadal mam, otwartość, ale zawsze brakowało mi inicjatywy. Gdy ktoś chciał ze mną rozmawiać, budować relację, przyjmowałem to ochoczo, z otwartością. Sam jednak nie zagadywałem, nie umiałem poznawać ludzi.

Między innymi dlatego nie lubiłem konferencji, spotkań w większym gronie – na ogół stałem z boku, dopóki ktoś do mnie nie podszedł. Nie lubiłem też na przykład mediów społecznościowych, bo i tu, wirtualnie, też zachowywałem dystans.

Przez długi czas byłem osobą publiczną, w jakimś tam stopniu rozpoznawalną i cenioną. Dlatego wiele osób chciało utrzymywać ze mną kontakt – podchodzili w czasie spotkań i konferencji, zapraszali w social mediach, zagadywali. Był wokół mnie gwar wielu ludzi.

Aż przyszedł moment, gdy z bohatera stałem się antybohaterem i ci ludzie w naturalny sposób zniknęli. Trudno im się dziwić i nie sposób ich za to winić. To była jedna z konsekwencji moich błędów.

Towarzyszyło mi wtedy i towarzyszy do dzisiaj ogromne poczucie wstydu. Ono pogłębiło moje wycofanie. Jeszcze trudniej było mi odezwać się do kogokolwiek, bo obawiałem się odrzucenia – nie zasługiwałem w mojej ocenie na to, by ktokolwiek chciał ze mną rozmawiać. Nie wszyscy się odwrócili, byli tacy, którzy bardzo mocno pokazywali, że są ze mną, że wspierają, nawet jeśli potępiają moje postępki. Ale mój strach był silniejszy.

W tym najtrudniejszym okresie stawałem się też coraz bardziej nieufny. W mediach pojawiały się informacje, które ewidentnie pochodziły od osób z grona moich znajomych. Nie wiedziałem, komu można ufać, a komu nie, miotałem się i, próbując chronić siebie, ucinałem coraz więcej znajomości.

W ten sposób zamykałem się coraz bardziej, choć przecież potrzebowałem relacji z ludźmi i chciałem ich.

W trakcie jednej z rozmów o życiowym bagażu terapeutka spytała mnie, z kim o tym mogę porozmawiać, poza nią oczywiście. Zgodnie z prawdą odparłem, że z nikim; że nie ma w moim życiu takiej osoby, do której mógłbym po prostu zadzwonić, po prostu porozmawiać – bez obaw, że zostanę oceniony, bez poczucia, że nie mogę mówić, bo muszę tę osobę chronić przed swoimi problemami, bez lęku, iż ten ktoś ma w gruncie rzeczy w nosie mnie i moje problemy. Jak w wierszu Jacka Kaczmarskiego: „W radach szlachta zasiada, jeno nie ma z kim gadać”.

Siadam czasem przed komputerem, patrzę na listę moich znajomych na Facebooku i zastanawiam się, do kogo mógłbym się odezwać, nie mając żadnej konkretnej sprawy – tak po prostu, żeby pogadać, niekoniecznie nawet o czymś ważnym. I tak po kolei eliminuję: „ten nie, bo to”, „tamten nie, bo tamto”, dopóki nie dojdę do końca listy, a wtedy okazuje się, że nie mogę do nikogo. I ja wiem, że pewnie nie mam racji, że spokojnie mógłbym – ale nie potrafię.

I tak zbudowałem wieżę, która może i chroni, ale jest więzieniem. Zbudować nie było trudno. Za to zburzyć nie jest łatwo. Ale może ten tekst jest jakimś elementem burzenia…

(Visited 878 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Walentynki - święto szalonych

Następny tekst

150 biskupów i ani jednego sprawiedliwego?