Home»Rodzina»Kryzys może uratować małżeństwo

Kryzys może uratować małżeństwo

0
Shares
Pinterest Google+

Ponoć istnieją małżeństwa, które nie przeżywają kryzysów. Podobno istnieją też: Yeti oraz uczciwi politycy. Dobra, z tymi ostatnimi to przesadziłem.

Czasami niektórzy moi znajomi przekonują mnie, że oni w swoich małżeństwach w ogóle się nie kłócą. Chciałbym im wierzyć, że są tak absolutnie we wszystkim zgodni, ale jakoś nie potrafię. Jestem po prostu przekonany, że ludzie, nawet bardzo kochający się, różnią się od siebie, a różnice powodują naturalne napięcia. Wierzę natomiast w to, że mogą się nie kłócić – że z jakichś, sobie znanych, powodów ukrywają te różnice, nie uzewnętrzniają napięć.

O tym, że nie wierzę w małżeństwa bez kłótni i co w kłótni jest najważniejsze pisałem już kiedyś tutaj:

Co jest najmniej ważne w małżeńskich kłótniach?

Nie wierzę w brak różnic, wierzę, że ludzie mogą tych różnic nie komunikować. Na ogół robią to dla świętego spokoju. Przyznam szczerze, ja sam często właśnie z taką motywacją odpuszczam. Dochodzę do wniosku, że gra nie jest warta świeczki, a sprawa – zaburzenia mojego świętego spokoju, który bardzo sobie cenię. Zagryzam więc zęby i nic nie mówię, nawet jeśli się wkurzam.

I do pewnego stopnia to nawet może oczywiście być dobre, bo umiejętność odpuszczania w sprawach błahych jest w związku ważna. Gorzej, gdy dzieje się tak w kwestiach, które są dla zagryzającego zęby istotne. To odpuszczenie jest bowiem wtedy tylko czasowe. Wyobraź sobie kamyk, który odkładasz do pudełka. Robisz to za każdym razem, gdy odpuszczasz w jakiejś sprawie. Kiedy tych kamyków nazbiera się zbyt wiele, nie zmieszczą się już w pudełku. I wtedy wszystkie wysypią się. Inaczej mówiąc: awantura gotowa. Pretekst do jej wybuchu może być absurdalnie nieistotny – nie on będzie istotny. Po prostu zabraknie miejsca w pudełku, skończy się cierpliwość i zdolność do odpuszczania.

O odpuszczaniu i innych sekretach udanego małżeństwa pisałem już tutaj:

10 sekretów udanego małżeństwa

Niedawno dowiedziałem się, że pewne znajome małżeństwo rozwodzi się. Jako powód podali to, że „po prostu wygasła ich miłość”. I ja jestem skłonny nawet im uwierzyć. Nasze własne niedawne doświadczenia, o których za chwilę, podpowiadają mi, że mamy tu do czynienia z syndromem ugotowanej żaby. Wiecie, o co chodzi? Jeśli wrzucicie żabę do wrzątku, wyskoczy z niego od razu. Jeśli jednak będziecie wodę podgrzewali stopniowo, żaba zorientuje się zbyt późno i już nie będzie w stanie się uratować.

Nie zamierzam wdawać się w szczegóły, bo nie jestem miłośnikiem blogerskiego ekshibicjonizmu, ale niedawno przeżywaliśmy w małżeństwie poważny kryzys, a właściwie – serię kryzysów. Naprawdę myślę, że nasze wytrwanie razem było zagrożone. Tym, co pozwoliło nam przetrwać – głęboko w to wierzę – była przysięga małżeńska:

Często wracam do tego momentu, przypominam sobie tę chwilę, gdy tak ścisnęło mi gardło, że nie mogłem głos mi się trząsł i nie mogłem mówić, ale powiedziałem te słowa małżeńskiej przysięgi. Odtwarzam te emocje. To, a jeszcze dokładniej: miłość, która doprowadziła nas przed ten ołtarz, jest fundamentem, na którym mogę budować, ale też, gdy zajdzie potrzeba, odbudowywać.

Ten trudny etap małżeństwa był dla nas sygnałem ostrzegawczym. Pokazał, że możemy stracić to, co jest dla nas ważne i na czym nam zależy, jeśli nie zaczniemy o to walczyć razem, a nie ze sobą. Mogliśmy podjąć ten trud, bo mieliśmy fundament i spoiwo do budowania.

Jeśli w związku nie ma takich kryzysów, to może okazać się, że małżonkowie przegapią ten moment i nie zorientują się, że dzieje się coś złego. Przecież się nie kłócą, przecież robią razem zakupy, nawet wyremontowali łazienkę, chodzą do pracy, pewnie zajmują się dziećmi najlepiej, jak tylko potrafią. I tylko gdzieś po drodze zgubili siebie i swoją miłość. Nawet nie wiedzą, kiedy i gdzie. Ugotowali się jak te żaby. A kiedy przyszedł kryzys, może jakaś błahostka, nie mieli na czym budować i nawet już nie dali rady odnaleźć motywacji, by to robić. Stało się to, co podali jako powód rozstania: przestali się kochać.

Nie chcę przekonywać, że kryzysy, przez które musieliśmy przejść, mnie cieszyły i cieszą, że czułem się w nich świetnie i chciałbym do tych doświadczeń wrócić. Wręcz przeciwnie. Powiadają, że, co nas nie zabije, to nas wzmocni. To pewnie jest prawda, ale warto jednak dodać, że, jeśli nawet nie zabije, to na ogół porani i z tymi zranieniami trzeba potem sobie uporać, a to wcale nie jest przyjemne ani łatwe. Lepsze to jednak niż stracić miłość.

Photo by Slobodan Josic from Pexels

Skomentuj ten tekst na Facebooku

(Visited 91 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Beczenie 99 owieczek - 4. odcinek vloga

Następny tekst

Stop 196 - obraza uczuć religijnych - 5. odcinek vloga