Home»Wiara»Kara za wierność

Kara za wierność

1
Shares
Pinterest Google+

Chcę Wam opowiedzieć dzisiaj historie – zmyślone, ale takie, które często się przecież zdarzają. Nie chciałem używać do tekstu historii autentycznych, ale i te doskonale obrazują problem, o którym musiałem po prostu tu napisać. A musiałem napisać, inaczej bym się udusił, o tym, jak mój Kościół karze ludzi za wierność, choć sam do niej na każdym kroku przecież wzywa.

Historia Pani Barbary

Pani Barbara miała męża. Doczekali się dwójki dzieci. Dziś mają po kilka lat. Mąż pani Barbary, odszedł od niej i od dzieci, bo poznał inną, młodszą i atrakcyjną fizycznie, kobietę, w której się zakochał. Pani Barbara bardzo to przeżyła. Była jednak atrakcyjna, choć mąż tego nie dostrzegał. Podobała się mężczyznom.

Początkowo po odejściu męża zwątpiła w swoją kobiecość, ale zainteresowanie innych mężczyzn poprawiało jej nastrój. Choć była osobą wierzącą, a z wiarołomnym mężem łączył ją sakrament małżeństwa, rzuciła się w wir romansów. Za każdym razem odczuwała wyrzuty sumienia. Szła więc do spowiedzi i z autentycznym żalem wyznawała w konfesjonale grzech cudzołóstwa, naprawdę chcąc się poprawić. Ksiądz udzielał jej rozgrzeszenia. Potem znów, jak to się mówi po kościelnemu, upadała, szła do spowiedzi.

Trwało to przez dłuższy czas, aż w końcu na swojej drodze spotkała mężczyznę, w którym się zakochała, a on zakochał się w niej. Poznała go ze swoimi dziećmi – on pokochał dzieci, one pokochały jego, bo traktował je jak własne. Zamieszkali razem.

Pani Barbara miała wyrzuty sumienia, wiedziała wszak, że życie z mężczyzną bez ślubu jest niezgodne z nauką Kościoła. Poszła więc do spowiedzi, wyznała grzech i nie otrzymała rozgrzeszenia.

Historia Pana Krzysztofa

Pan Krzysztof już jako młody chłopak, jeszcze przed maturą, odkrył, że woli mężczyzn. Wiedział, że Kościół tego nie pochwala. Próbował więc związać się z kobietą, ale to nie działało. Nie tylko jego ciało odmawiało współpracy, ale przede wszystkim – jego serce.

Pojechał na studia do dużego miasta. Tam patrzono na to inaczej niż w jego małej mieścinie. Zaczął chodzić na imprezy do klubów, w których mógł się pobawić, potańczyć bez obaw, poznawał nowych ludzi. Często kończyło się to seksem. Czasami już w klubie – w darkroomie, czasami lądowali na noc, a to u niego, a to u kochanka.

Pan Krzysztof nie przestał jednak być osobą wierzącą i wiedział, że grzeszy. Po takim klubowym szaleństwie zakończonym seksem z poznanym tam mężczyzną nie miał kaca alkoholowego, bo alkoholu pił niewiele, ale czuł mocnego kaca moralnego. Obiecywał sobie, że to był ostatni raz i z głębokim poczuciem winy szedł do spowiedzi. Wyznawał grzech i dostawał rozgrzeszenie.

Pewnego dnia na uczelni Pan Krzysztof poznał Pana Mariusza. Okazało się, że mają wspólne zainteresowania, paru wspólnych znajomych. Poszli razem do kina, na koncert. Zaiskrzyło. Dopiero po kilku spotkaniach pocałowali się po raz pierwszy, wyznając sobie miłość. W końcu wylądowali w łóżku. Aż przyszedł dzień, gdy postanowili zamieszkać razem, stając się oficjalnie parą. Myśleli nawet o ślubie albo innym sposobie sformalizowania związku, ale prawo na to nie pozwala. Planowali wziąć kredyt na wspólne mieszkanie. Klubowe znajomości odeszły w niepamięć.

Pan Krzysztof znów poszedł do spowiedzi. Opowiedział o swoim życiu, o tym, że chce się ustatkować, że poznał mężczyznę, którego pokochał, jest mu wierny. Nie dostał rozgrzeszenia.

Z jednej strony oczywiście wiem, jaki jest „teologiczny” tok rozumowania. Póki pani Barbara czy pan Krzysztof spotykali się „na jeden raz”, mogło to wskazywać, iż odczuwają szczery żal i chcą zmiany polegającej na porzuceniu sytuacji, którą uznajemy za grzeszną. W momencie, gdy wiążą się na stałe, uznają prowadzącą do grzechu sytuację za normę, sankcjonują ją, co wskazuje na brak żalu i woli poprawy.

Z drugiej można przecież odnieść wrażenie, że są karani za wierność. Ba! Skakanie z kwiatka na kwiatek może wydawać się bardziej „opłacalne” niż ustatkowanie się, niż miłość i wierność, skoro w pierwszym przypadku można liczyć na rozgrzeszenie, a w drugim już nie.

Trudno dostrzec tu dobre rozwiązanie. Seks pozamałżeński jest i będzie traktowany jako grzech. Inaczej być nie może. Chyba że zmienimy rozumienie cudzołóstwa, to jednak wymagałoby zmiany myślenia o małżeństwie. Dziś każdy związek, który nie jest usankcjonowany sakramentem małżeństwa uznajemy za nieważny, a – co za tym idzie – seks w nim traktujemy w Kościele jako cudzołóstwo.

Ciekawie rozwiązali to Żydzi, którzy dopuszczają rozwód, a jego forma zależy od formy zawarcia małżeństwa. Zaślubiny mogą więc nastąpić pod hupą (ślub religijny), przez wymianę obrączek (ślub cywilny) oraz poprzez wspólne zamieszkanie (konkubinat). Rozwód następuje więc odpowiednio w formie wydania listu rozwodowego po decyzji sądu rabinackiego, rozwód cywilny i zwrócenie obrączek lub przez rezygnację ze wspólnego pożycia.

Pomijając kwestię rozwodu, którego Kościół nie uznaje i nie uzna, może rozwiązaniem byłoby uznanie różnych form zawarcia związku, oczywiście przy uznaniu, iż sakramentalna jest najbardziej właściwa?

A może po prostu zamiast szukać ogólnych norm warto pójść w rozeznawanie indywidualnie sytuacji, o którym mówił wielokrotnie papież Franciszek?

Przyznam uczciwie: nie mam pojęcia, jak Kościół powinien rozwiązać problem, ale jestem przekonany, że swoiste karanie ludzi za wierność i chęć uporządkowania, ustabilizowania swojego życia jest nieroztropne i moralnie wątpliwe.

Inspiracją do napisania tego tekstu był artykuł w magazynie Kontakt:

Z nich zaś największa jest miłość

(Visited 216 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Jesteśmy artystami

Następny tekst

Nie jest tak źle