Home»Wiara»Czas wielkiej tęsknoty

Czas wielkiej tęsknoty

1
Shares
Pinterest Google+

Adwent to czas czekania. Oczywiście – nie na narodziny Pana Jezusa. On już się narodził i drugi raz tego robić nie będzie. To czas czekania na paruzję, czyli na Jego powtórne przyjście. To, które oznaczać będzie Sąd Ostateczny, koniec tego świata, który znamy i początek nowego, lepszego. Adwent to też czas tęsknoty.

Nie przeżywam Adwentu w tradycyjny sposób. Nie jestem fanem mszy roratnych. I wcale nie dlatego, że są tak wcześnie rano, bo budzę się na co dzień o takiej porze, że bez trudu mógłbym na nie chodzić. Ja po prostu nie jestem fanem wersji specjalnych. Dla mnie msza to msza – ważne jest niej to, że spotykamy się wtedy z Panem Jezusem, który za sprawą przeistoczenia jest wśród nas, którzy się gromadzimy wokół ołtarza. Wszelkie wersje specjalne budzą we mnie odruch dystansowania się, nieufność. W czym ta msza miałaby bowiem być lepsza od innych?

Od samego początku Adwentu chodzę jednak codziennie z myślami, które postanowiłem w tym tekście ubrać w słowa. Te myśli, te emocje towarzyszą mi codziennie, wracają wielokrotnie każdego dnia.

Jest we mnie ogromna tęsknota i ogromne oczekiwanie na paruzję. I to nie chodzi o to, że mi się nie podoba świat albo moje życie. To nie jest wołanie: „Panie Boże, zatrzymaj ten tramwaj, ja wysiadam”. Ja to moje życie bardzo lubię i niezwykle sobie cenię. Jestem wdzięczny za to, co mam, kogo mam, gdzie jestem.

Wiem natomiast, że paruzja to obietnica czegoś jeszcze lepszego i bardzo tego czegoś pragnę. Wierzę, że Pan Bóg wcale nie odbierze mi przy tym tego, co dobre, zwłaszcza ludzi, którzy są przy mnie. Ba! Jestem przekonany nawet, że nie pozbawi mnie syntezatora, a może nawet podaruje kilka dodatkowych. Wierzę, że odbierze to, co bolesne i doda jeszcze więcej dobra. Na to więc czekam.

Przede wszystkim jest to jednak tęsknota za Osobą. Bycie chrześcijaninem, jak to rozumiem, to nie jest przestrzeganie zbioru nakazów i zakazów, przyjęcie określonej ideologii, światopoglądu, katalogu prawd objawionych. To oczywiście też ma swoje znaczenie, ale nie kluczowe. Kluczowa jest relacja z Osobą – z Bogiem, który mnie kocha tak, jak nikt inny. Z Bogiem, który z tej miłości, sam postanowił być człowiekiem, który oddał za mnie życie tylko po to, żebym uwierzył w tę Jego miłość.

Za Nim tęsknię. On jest przy mnie, blisko, a jednak tęsknię, bo to nie On odwraca się ode mnie, ale ja odwracam się wciąż od Niego. To nie On nie umie mnie kochać, ale ja często nie umiem kochać Jego. To nie On burzy naszą relację, ale ja robię to nieustannie. Oddalam się i tęsknię, bo nie umiem wrócić, bo grzęznę w czymś, czego wcale nie chcę, zamiast być przy Nim. Nie umiem być tak blisko Niego, jak On jest blisko mnie; tak blisko Niego, jak ja sam bym chciał być.

Nie ma co ściemniać. Są też chwile, gdy po prostu jestem zmęczony. Pisałem wszak dopiero co o tym, że czuję się stary. Przede wszystkim jednak jestem coraz częściej zmęczony sobą samym – moimi wadami, słabościami, błędami. Chciałbym być od nich wolny, a w tym życiu to jest niemożliwe. To jest więc również tęsknota za lepszym mną – takim, jakim chciałbym być, a być nie umiem.

Paruzja, na którą w czasie Adwentu tak wyjątkowo czekam, to jest ten moment, po którym będziemy blisko – ja i dobry Bóg. I nic nas już nie rozdzieli. „Marana tha!” to wołanie o bliskość, taką całkowitą; to tęsknota za miłością absolutną, której nic nie zagrozi. To jest mój Adwent.

Obraz Jenny Friedrichs z Pixabay

(Visited 104 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Jestem zgredem

Następny tekst

Kto wie, co sądzi Bóg? - o mowie noblowskiej Olgi Tokarczuk