Home»Kultura»Kto wie, co sądzi Bóg? – o mowie noblowskiej Olgi Tokarczuk

Kto wie, co sądzi Bóg? – o mowie noblowskiej Olgi Tokarczuk

0
Shares
Pinterest Google+

Gdy pojawił się w sieci tekst tzw. mowy noblowskiej, wygłoszonej przez Olgę Tokarczuk, natychmiast usiadłem, by go przeczytać. Zachwycił mnie. Wróciłem do niego jeszcze kilka razy, by po tym pierwszym łapczywym zachłyśnięciu się posmakować go na spokojnie.

Jeśli jeszcze ktoś z moich Szanownych Czytelników nie miał okazji zapoznać się z wykładem Olgi Tokarczuk, to przygotowałem dla Was pełny tekst w formie bezpłatnego ebooka:

Olga Tokarczuk - Czuły Narrator - mowa noblowska - darmowy ebook

To jest przede wszystkim piękny tekst literacki, świetnie skonstruowany. Piękna historia, która jest jego klamrą, daje okazję do rozważań, które pewnie mało komu towarzyszą na co dzień. Może to i dobrze, bo też zapewne właśnie ta ich odświętność sprawia, że wydają się tak doniosłe.

Czuły narrator. Ten tytuł wskazuje dwa główne wątki. Narrator – opowiadacz, ten, komu zawdzięczamy opowieść, kto pokazuje nam świat, zapoznaje z bohaterami, ich przeżyciami, emocjami, myślami, rozmowami. Czuły – odnosi się, co autorka pięknie zresztą wyjaśnia, do tej szczególnej odmiany miłości. Ksiądz profesor Andrzej Draguła na łamach „Więzi” skojarzył, moim zdaniem trafnie, ten fragment wykładu z nauczaniem papieża Franciszka:

Wołanie o czułego narratora. Teolog czyta Noblistkę

Wątek owej czułości zwrócił od razu moją uwagę. Ucieszył mnie tekst księdza Draguły, bo przecież to zawsze miło przekonać się, że ktoś mądrzejszy myśli i odczytuje podobnie. Ja też w pierwszym odruchu skojarzyłem te rozważania noblistki z motywem, który nieustannie przewija się w papieskim nauczaniu. Ale to nie wątek czułości zainteresował mnie najmocniej w mowie.

Wracałem do tego tekstu nie tylko po to, by go lepiej smakować, ale też po to, by ustalić, co mnie w nim zaniepokoiło. Nie od razu bowiem uświadomiłem sobie, co mi zazgrzytało. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że chodziło o owego narratora. Dość szybko dotarło też do mnie, co dokładnie wywołało we mnie to poczucie zgrzytu.

Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: „Na początku było słowo”? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: „I uznał Bóg, że to było dobre”. Kim jest to, które wie, co sądził Bóg?

Napisawszy te słowa, Olga Tokarczuk postuluje wyłączenie z dyskusji kwestii teologicznych. Nie dlatego, by była tu jakoś antyreligijna, tylko – jeśli dobrze zinterpretowałem to wezwanie – że godzi się z faktem, iż może to budzić spory, od których w tym momencie chce uciec, skupiając się na poszukiwaniu wymarzonego „czwartoosobowego narratora”.

Problem w tym, że trudno w rozmowie o Biblii uciec od kwestii teologicznych, bo te są w interpretacji tego tekstu zasadnicze.

Odpowiedź na pytanie, kto wie, co sądził Bóg, brzmi bowiem: Bóg. To On jest tym poszukiwanym przez noblistkę czwartoosobowym, czułym narratorem.

Jeżeli uznajemy Biblię za zwykłą książkę, to przedstawiony w niej Bóg byłby zaledwie jedną z wielu fikcyjnych postaci literackich, jakie powstały przez wieki. A jeśli Biblia jest księgą objawioną, to musimy przyznać, że tylko Bóg wie, co sądzi Bóg i to On opowiada nam historię stworzenia świata, nawet jeśli jakiś konkretny człowiek ją fizycznie spisał. Tertium non datum.

Z jednej strony w artyście, artystce w tym przypadku, jest tęsknota za transcendencją, za Bogiem, jakim imieniem by Go nie określać. I to marzenie o narratorze, który wychodzi poza granice swojego człowieczego „ja”, który wie, co sądzi Bóg, można odczytywać właśnie w takim kluczu. Ta tęsknota towarzyszy twórcom od dawna. Nawet markiz Donatien de Sade, którego jako żywo trudno posądzać o dewocję, pisał w „Zbrodniach miłości”, że:

Nie można być ateistą w dobrej wierze.

Kojarzący nam się głównie z seksualnymi perwersjami francuski arystokrata przeczuwał i przyznawał, że Bóg musi istnieć, choć nie określał Go tym imieniem. W polskim tłumaczeniu konsekwentnie pojawia się określenie „Istota Najwyższa”. Pisał więc dalej de Sade, że nie można żyć, nie widząc wokół siebie śladów istnienia i działania owej Istoty Najwyższej.

Z drugiej jednak strony w człowieku często rodzi się pokusa, marzenie, by stać się Bogiem. Jeśli odrzucimy Boga, możemy chcieć Go zastąpić, stając się czwartoosobowym narratorem. Sęk w tym, że nie jesteśmy w stanie uwolnić się od naszych ludzkich ograniczeń. Nie jesteśmy w stanie stać się takim narratorem, jakim jest biblijny Bóg, bo nie możemy stać się Nim samym.

Pocieszające jednak jest to, że o ile nie staniemy się narratorem czwartoosobowym, to możemy stawać się narratorem czułym.

Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości.

Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest „ja”.

Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czas.

Brzmi jak najsłynniejszy fragment I Listu świętego Pawła do Koryntian. Przypadek? Nie sądzę…

(Visited 61 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Czas wielkiej tęsknoty

Następny tekst

Jezus malusieńki