Home»Wiara»Nie boję się śmierci, pragnę jej

Nie boję się śmierci, pragnę jej

0
Shares
Pinterest Google+

Nie boję się śmierci. Nie piszę tego bynajmniej z okazji szalejącej obecnie wokół nas pandemii koronawirusa Covid-19, choć oczywiście jak większość zjawisk wzbudzających lęk skłania ona też do myślenia o sprawach eschatologicznych. Ba! Ja śmierci wręcz pragnę.

Nie boję się śmierci, bo ona nie jest końcem, czy też – nie jest tylko końcem. Jest początkiem, czy też raczej – również początkiem. Jest końcem i początkiem. Końcem tego, co już znam, czyli życia doczesnego, a równocześnie – początkiem nowego etapu życia wiecznego, którego jeszcze nie znam. Jest przejściem do kolejnego etapu. Tylko i aż.

Na ogół boimy się zmiany, bo nie wiemy, co nam ona przyniesie. Wielu boi się, że ta zmiana przyniesie pustkę, koniec. Ja wierzę, że nie. Nie tylko „non omnis moriar”, jak pisał poeta Horacy, nie tylko „nie wszystek umrę”, ale wręcz lepiej żył będę.

Nie boję się śmierci, bo została pokonana. Po co mam bać się pokonanego? Wierzę, że Pan Jezus pokonał śmierć, więc nie jest ona groźna.

Mam oczywiście świadomość, że po śmierci niekoniecznie muszę trafić do upragnionego nieba, bo są jeszcze dwie bramki – piekło i czyściec. Sądząc z objawień, choćby prywatnych, ten ostatni też do najprzyjemniejszych miejsc nie należy, ale od piekła odróżnia go to, że pozostaje w nim nadzieja. Ja jednak mam w sobie taką nadzieję, że Dobry Bóg przyjmie mnie z miłością do siebie, mimo że absolutnie na to nie zasługuję i nie jestem tego godzien.

Nie boję się śmierci, bo wierzę, że to jest ten moment, w którym wiara zamieni się w wiedzę, a ja spotkam się z Miłością Absolutną, stając przed Dobrym Ojcem. Ufam, że, choć sporo już narozrabiałem w swoim życiu i pewnie jeszcze narozrabiam, to On i tak przytuli mnie z miłością jako syna marnotrawnego.

Nie boję się śmierci, ale boję się umierania. Boję się bólu, samotności, tego, że zostawię niezamknięte sprawy, nierozwiązane konflikty, niewybaczone mi i przeze mnie winy. Boję się też, że w tej trudnej chwili ogarnie mnie zwątpienie i strach. Przecież nawet Pan Jezus na krzyżu wołał „Boże, mój Boże, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27, 46b) Boję się, że w ostatniej chwili będzie mi żal rozstawać się z tym światem, z tym, co znam, z ludźmi, których kocham, z tym wszystkim, czym w tym życiu się otoczyłem.

Pragnę śmierci, bo pragnę spotkać się z Panem Bogiem. Pragnę doświadczyć w ten bezpośredni sposób tej Jego doskonałej miłości, nawet jeśli potem miałoby się okazać, że nie ma dla mnie miejsca w niebie. To pragnienie rodzi się z tęsknoty za taką miłością, jakiej nikt nigdy nie doświadczy inaczej niż w relacji z Dobrym Ojcem.

Pragnę śmierci, ale to nie znaczy wcale, że chcę tej śmierci na siłę szukać albo ją jakkolwiek przyspieszać. Pragnę jej we właściwym czasie, a to On najlepiej wie, kiedy to będzie.

Pragnę śmierci, ale to pragnienie nie świadczy bynajmniej o tym, że nie lubię swojego życia – wręcz przeciwnie: uwielbiam je. Tęsknota za spotkaniem z Panem Bogiem i doświadczeniem Jego miłości w żaden sposób nie deprecjonuje miłości, jakiej doświadczam w tym życiu – od mojej żony, moich dzieci, mojej mamy, czy choćby od moich kotów i psów. To pragnienie nie bierze się z odrzucenia tego, co mam. Chcę więcej, mocniej. Wierzę przecież, że w tym dalszym etapie życia spotkam się z tymi, którzy już odeszli, a ci, których zostawię, kiedyś do nas dołączą.

Tylko, wiecie, niech nikomu w ramach pragnienia spotkania z Panem Bogiem w nowym życiu nie przyjdzie do głowy przyspieszać je przez łamanie zasad kwarantanny. To, jak słusznie zauważył ksiądz prymas abp Wojciech Polak, byłoby grzechem przeciwko przykazaniu „Nie będziesz zabijał.”

(Visited 60 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Bóg się zmienia

Następny tekst

Czas ciszy i czekania