Home»Rodzina»Miłość niemożliwa

Miłość niemożliwa

0
Shares
Pinterest Google+

Nieustająco zachwyca mnie w blogerach ich potrzeba wypowiedzenia się na każdy możliwy temat, najlepiej z pozycji Wszechwiedzącego. Jeśli nie wiesz, jak żyć, spytaj blogera. A najlepiej blogerkę. Usłyszysz bzdury wypowiedziane z absolutną pewnością i z niezachwianym przekonaniem o niepodważalności mądrości i racji.

Tym razem zauroczyła mnie blogerka, której fenomenu od dawna nie umiem pojąć, czyli Segritta. Postanowiła ona pomóc swoim czytelnikom w rozpoznaniu głupka. (Może dlatego zamieściła jako ilustrację tekstu swoje zdjęcie?). Napisała między innymi:

“Przysięgam, że będę Cię kochać zawsze!” – I kolejna deklaracja, która świadczy o rzucaniu słów na wiatr – lub o nieznajomości natury uczuć. Mówi się przecież, że miłość jest ślepa, że miłość jest silniejsza od wszystkiego, że serce nie sługa – a co rok setki tysięcy Polaków przysięga (i to przy świadkach i na świętości!), że będzie kogoś kochać do końca życia. Ludzie, błagam, to nie jest przysięga, którą możecie składać, bo to nie Wy decydujecie o własnej miłości. Decyduje o niej też ta druga osoba, całe Wasze otoczenie, czas, chemia, a nawet zwykły przypadek. Nie możecie przysięgać, że za rok o tej porze będzie padał deszcz, prawda? To nie przysięgajcie sobie miłości. Bo to naprawdę potem głupio wygląda: te wszystkie rozwody i złamane słowa.

Zacznijmy od tego, że o mojej miłości decyduje jakoby ta druga osoba. Nie. Nie decyduje.

Wyobraźmy sobie parę. On wpada pod samochód, leży w szpitalu, a ona, zamiast czule pielęgnować go dniami i nocami, zdradza go z jego najlepszym kumplem, wysyłając mu w trakcie seksu wiadomości z dokumentacją fotograficzną i komunikatem “Wcale Cię nie kocham”.

No, dobrze. Czy w ten sposób zadecydowała o jego miłości? Jasne, można by zrozumieć jego gniew, cierpienie, ból. Ale te uczucia wcale nie muszą oznaczać, że on automatycznie przestaje ją kochać. Może cierpieć i nadal kochać. Jasne, może też przestać. Ale nie musi. Czyli ona nie ma mocy decyzyjnej. Decyzja, mniej czy bardziej świadoma, jest po jego stronie. To on decyduje, co zrobi z tą sytuacją. Więcej: gdyby nie kochał, cierpiałby przecież znacznie mniej, bo bolałaby tylko urażona duma.

Idąc tropem rozumowania blogerki, należy zadać sobie pytanie: Dlaczego odnosić to tylko do relacji damsko-męskiej? Skoro nie można być pewnym stałości swojego uczucia, to może to dotyczyć również innych relacji. Rozumiem więc, że autorka, gdy tuli swoje dziecko, mówi do niego: “Kocham Cię”, a następnie – dla zachowania rodzicielskiej uczciwości – dodaje za każdym razem: “Ale nie mogę Ci obiecać, dziecinko, że jutro też będę Cię kochała”.

Absurd? Oczywiście, że absurd. No, ale skoro niczego nie możemy być pewni w życiu, bo, cytując Segrittę, nie mamy też pewności, iż “za rok o tej porze będzie padał deszcz”, to niczego. No, bądźmy konsekwentni.

Niezależnie od złośliwości, którymi raczę tutaj blogerkę, tak naprawdę jej po prostu szczerze współczuję. To musi być bardzo smutne: żyć z założeniem, że niczego i nikogo nie można być pewnym, wchodzić w związek, zakładając od razu, już na samym początku, możliwość jego rozpadu, nie ufać nikomu, nawet sobie.

Jasne, wynikający z sakramentu węzeł małżeński, który w założeniu jest nierozerwalny, nie gwarantuje udanego małżeństwa. Jeśli jednak podchodzimy do sprawy uczciwie (wiem, nie każdy tak robi), to ta nierozerwalność będzie działać motywująco. Oto staję w kościele i mówię:

Ja, Jakub, biorę Ciebie, Magdaleno, za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.

Skoro ślubuję, że “nie opuszczę aż do śmierci”, to w moim interesie jest dbać o to, żeby było nam ze sobą dobrze. W końcu, jeśli dobrze nie będzie, to ja na tym stracę – będzie mi źle aż do śmierci, czyż nie? Jeśli jednak zamiast tego wchodzę w związek z założeniem, że, gdyby przestało mi się podobać, to mogę kopnąć drugą stronę w zadek i zaczynać od nowa z kimś innym lub sam, to po co mam dbać? Ot, jesteśmy dzisiaj, jutro najwyżej nie będziemy. Jak to kiedyś powiedział swojej żonie pewien znany mi, ogólnie niezbyt miły, pan: “Zawsze mogę zmienić punkt świadczenia usług”.

Tak sobie pomyślałem też, jak bardzo nieodpowiedzialna jest blogerka (i tu uderzam w czuły punkt), która obiecuje swojemu reklamodawcy, że opublikuje tekst na blogu. A co, jeśli dzień przed publikacją spadnie jej cegła na głowę?

Zostawmy już jednak nieszczęsną blogerkę. Mam nadzieję i z całego serca jej tego życzę, że zbuduje ona trwały związek, w którym poczuje w końcu pewność i stabilność, zwłaszcza że to swoiste carpe diem kiepsko sprawdza się, kiedy ludzie powołają już na świat nowe życie.

Mam jednak wrażenie, że w ogóle jako społeczeństwo współczesne mamy problemy, które w tej historii wychodzą na jaw.

Pierwsza sprawa to lęk przed zobowiązaniem i odpowiedzialnością, jaka z zaciągnięcia zobowiązania wynika. To chyba jakaś swoista niedojrzałość emocjonalna. “Niczego nie mogę być pewien, niczego nie mogę obiecać.” A tak naprawdę: “Nie chcę niczego obiecywać, bo jestem zbyt słaby by brać odpowiedzialność za słowo, które dałem.”

Drugi problem to niecierpliwość. Chcemy mieć wszystko już, teraz, nie chcemy czekać, pracować. O, to znam doskonale. I doskonale wiem, do czego to prowadzi. Ta niecierpliwość oznacza też to, że szybko się nudzimy, potrzebujemy wciąż nowych doznań, nowych bodźców, nieustających zmian, bo nie umiemy cieszyć się tym, co mamy i nie umiemy czekać.

I wreszcie problem trzeci: lenistwo i wygodnictwo, które sprawiają, że nie naprawiamy. Zepsują się buty? Wyrzucimy i kupimy nowe. Zepsuł się smartfon? Kupimy nowy. Nie naprawiamy. nie cerujemy skarpetek. Pojawiły się trudności w związku? Wyrzucimy i poszukamy czegoś nowego.

Ta sakramentalna przysięga i wynikająca z niej nierozerwalność węzła małżeńskiego sprawiają, iż, o ile – rzecz jasna – traktujemy to poważnie, w naszym interesie jest dbać o to, by to, co nas łączy w związku, nie popsuło się, a poza tym nie możemy, ot, tak, wyrzucić tego, co się popsuło, ale musimy to naprawić.

A naprawiać naprawdę się da. Znam parę, która była bliska rozstania. Jako osoby wierzące nie mogli wziąć rozwodu. Doszli do etapu separacji ze świadomością, że stoją przed dramatycznym wyborem: albo będą do końca życia żyli samotnie, albo sprzeniewierzą się temu, w co wierzą. I naprawili. Nie od razu. Drobnymi krokami. Trochę to trwało. Dobra, nie trochę. Długo. I wymagało wysiłku. Gdyby ich jednak spytać dzisiaj, czy warto było, to jestem absolutnie pewny, jakiej odpowiedzi by udzielili.

Nie wierzcie blogerom i blogerkom. Słuchajcie serca. Nie składajcie obietnic pochopnie, ale też nie bójcie się ich składać.

(Visited 1 250 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Pluszowa wiara

Następny tekst

Grzeszysz? Milcz!