Home»Życie»Wspominki tetryka

Wspominki tetryka

0
Shares
Pinterest Google+

Jestem już starszym panem. Coraz częściej sobie to uświadamiam, nie tylko wtedy, gdy nie mogę dobiec do autobusu na przystanku. Często uświadamiam to sobie, gdy myślę o swoich narzędziach pracy. Blogerzy lubią o nich pisać, to nie będę gorszy.

Pamiętam, gdy pisałem pierwsze swoje wiersze i opowiadania. Kupowałem zeszyty do słówek, dzisiaj takich brzydkich już nie produkują, w nich pisałem ręcznie.

Na studiach robiłem badania, do których potrzebowałem analizować sporo danych. Notowałem je na fiszkach, oznaczając je kolorowymi kropkami – to była moja analogowa baza danych z możliwości indeksowania rekordów. Odziedziczyłem też maszynę do pisania, więc swoje wiersze i opowiadania mogłem pisać bez używania długopisu.

Pierwszy komputer, z którym się zetknąłem, to był ZX Spectrum 48KB. Dla jasności: nie mój. Kolegi. Tylko jedna osoba w klasie zadawała szpanu komputerem. Odwiedzaliśmy kolegę, ku utrapieniu jego mamy, przesiadywaliśmy grając w prymitywne gierki wgrywane z kasety magnetofonowej, a monitorem był czarno-biały mały telewizorek. Ja dostałem od rodziców po pewnym czasie lepszą wersję: Timexa. Wyglądał o tak:

Timex 2048

To była fajna zabawka. Można było grać w proste gry, ale też z gazet takich jak np. Bajtek uczyć się programowania w Logo czy Basicu. Pamiętam swoją radość, gdy znalazłem kod pozwalający zamienić klawiaturę Timexa w klawiaturę muzyczną. No, i rozczarowanie, gdy okazało się, że do muzykowania to jednak nijak się nie nadaje.

Gry zdobywało się w ten sposób, że trzeba było nagrać je z radia. Tak, późną nocą Polskie Radio puszczało w eter godzinę szumów i pisków, które się nagrywało, a potem Timex odczytywał to z kasety, o ile głowica w radiomagnetofonie działała równo, i zamieniał to w grę. Powiedzmy jasno – bardzo prymitywną. Mnie te gry, prawdę mówiąc, nudziły.

Poza tym, w odróżnieniu od kolegi, nie miałem swojego małego telewizorka, więc musiałem podłączać się do telewizora rodziców, co mocno ograniczało korzystanie. To akurat dzisiejsza młodzież ma szansę zrozumieć, jeśli mają konsolę do gier.

A potem moja Mama kupiła mi cudo, które towarzyszyło mi przez wiele lat, nawet gdy pojawiły się u mnie inne komputery. Tym cudem była Amiga 500:

Amiga500_system

Jakie to było genialne urządzenie. Zdobyłem (to były czasy przed uchwaleniem obecnej Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych) program o nazwie Protracker, dzięki któremu mogłem zacząć robić muzykę. Regularnie bywałem na warszawskiej giełdzie komputerowej. W odróżnieniu od większości odwiedzających nie kopiowałem gier, ale namiętnie kolekcjonowałem utwory tworzone przez artystów sceny amigowej oraz dźwięki, których mogłem używać w Protrackerze. Bardzo dużo nauczyłem się wtedy, zwłaszcza że możliwości programu były dość ograniczone i trzeba było nieraz mocno kombinować, by osiągnąć zamierzony efekt.

Gdy zacząłem pracę jako dziennikarz, w moim życiu po raz pierwszy pojawiła się firma Apple. W redakcji mieliśmy do dyspozycji legendarne komputery MacIntosh Classic:

Apple_Macintosh_Classic_II_-_20090108

Chłopaki, którzy zajmowali się składem gazety, mieli znacznie lepsze modele Maków. Szybko stałem się więc częstym gościem w ich pokojach i uczyłem się od nich obsługi Photoshopa, Illustratora i QuarkXPressa. Nawet na tym cudeńku ze zdjęcia, choć nie miało kolorowego monitora, udało mi się uruchomić Photoshopa i ćwiczyć.

Potem poszedłem na kurs obsługi DOSa i Windowsa 3.1. O, matulu! System Apple był intuicyjny. PC to była jakaś masakra. Mimo to po odejściu z redakcji sprawiłem sobie pierwszy komputer z Windowsem. To już była wersja 98., znacznie wygodniejsza w obsłudze niż 3.1. Na sprzęt Apple nie było mnie stać.

Zwróćcie uwagę: To wszystko, o czym opowiedziałem, to korzystanie z komputera, ale nie z internetu.

Początki mojej przygody z internetem sięgają czasów, gdy korzystanie z niego wymagało łączenia się telefonicznie z numerem dostępowym w USA, bo w Polsce jeszcze nie było żadnego. W redakcji wolno nam było korzystać z niego sporadycznie, oczywiście ze względu na koszty. Modem podłączony był tylko do jednego komputera.

Potem pojawił się polski numer 0202122, uruchomiony przez Telekomunikację Polską SA. Korzystanie z niego było kosztowne, często zrywało połączenie, a nieraz po prostu nie udawało się go nawiązać, no i było wolne. Ale za to jaką czuło się radość, gdy usłyszało się charakterystyczne dźwięki… Z czasem dorobiłem się w domu łącza przez kablówkę. O, to była radość! Nielimitowane połączenie, już znacznie szybsze, przez całą dobę. Kto miał, ten wie, ile nocy się zarwało.

Internet nie był wtedy jeszcze tak powszechny jak dziś, panowały więc zupełnie inne obyczaje. Jako że polskie zasoby były znacznie uboższe (choć rozwijały się błyskawicznie), to korzystałem sporo ze stron anglojęzycznych i nawiązywałem sporo kontaktów z ludźmi z całego świata. To było niezłe wyzwanie, biorąc pod uwagę to, że nigdy nie uczyłem się języka angielskiego. Cóż, uczyłem się go sam na bieżąco.

W moim domu stał własny komputer, stacjonarny rzecz jasna, z dostępem do sieci. Byłem szczęśliwcem.

W 2004 roku stałem się dodatkowo posiadaczem laptopa. Ciężkiego i topornego, ale mojego. Był dla mnie nieoceniony, bo zacząłem bardzo dużo jeździć po kraju, a w domu coraz bardziej stawałem się gościem. Jeździłem i za każdym razem nerwowo sprawdzałem, czy hotel, w którym mam nocować, zapewnia dostęp do sieci. Bez niej praca była już niemożliwa.

Wspominam sobie to wszystko z rozrzewnieniem, myśląc o tym, że potem pojawił się iPhone i iPad, a w laptopie zagościł mobilny internet. Dziś rzadko podróżuję, ale mam zawsze przy sobie smartfon i tablet Samsunga, a w nich właśnie internet mobilny. I bez tego nie wyobrażam sobie życia. Sprawdzam Facebooka, Twittera, Instagram, z żoną, gdy jestem poza domem, komunikuję się przez FB Messengera. Teksty blogowe piszę często w autobusie, na tablecie, korzystając z Evernote i zapisuję w chmurze. Przez internet sprawdzam, jak dojechać tam, dokąd się akurat wybieram. Zapisuję zadania do wykonania.

Zróbcie taki eksperyment i spróbujcie żyć bez tego wszystkiego. Trudno sobie to wyobrazić. Ja już nawet rzadko korzystam ze smartfona jak z telefonu, którym przecież w założeniu jest. Wyobraź sobie nagle, że cofasz się w czasie i nie ma internetu, smartfonów, tabletów, komputerów. Ale nie tak, że przez godzinę jest awaria internetu. Nie tak, że robisz sobie dzień offline. Wyobraź sobie, że nie ma tego wszystkiego w ogóle, że masz żyć całkowicie offline.

Wiecie co? Często marzy mi się chałupa w bieszczadzkiej dziczy, z daleka od ludzi… Jest tylko jeden warunek: No, internet musi być. I to szybki.

zdjęcia: Wikipedia, zdjęcie główne: Pixabay
(Visited 286 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Przytulić się do Mamy

Następny tekst

Jak się kłócić? Jak się godzić?